| Satan.pl > Forum > Szkice > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
| Transgresja 121 | Satanizm 387 | Komentarze 513 | Szkice 235 | TechnoPark 203 | FAQ 15 |
Archiwum: wiadomości z wybranego wątku archiwalnego
| Tematy | Autor | Data |
|---|
| E g o | 2006-07-23 - 17:44:41 | |
| Egaheer | 2006-07-26 - 16:17:30 | |
| Shogun | 2006-07-31 - 19:13:34 | |
| Hast | 2006-08-04 - 16:16:23 | |
| Insomnia | 2006-08-04 - 22:29:26 | |
| Rafael | 2006-08-11 - 01:57:33 | |
| kajetiks | 2006-08-12 - 16:56:30 | |
| Egaheer | 2006-08-18 - 18:02:41 | |
| Shogun | 2006-12-08 - 18:38:47 | |
| KiniaMa | 2006-12-11 - 23:08:32 | |
| Hast | 2006-12-25 - 20:36:42 |
| Spis działów / Spis wątków archiwalnych / Nowy wątek |
|---|
| Autor | Temat wątku: |
|---|
|
E g o ( Kalejdoskop piekieł ) ![]() Wysłano: 2006-07-23 17:44:41 |
Opowiadanie ciągłe. ~~~ Oto początek opowiadania Egaheer. W tym wątku obowiązują trzy zasady : - do opowiadania można napisać dalszy ciąg, ale ... - ... by je pisać, najpierw trzeba zgłosić swoje uczestnictwo (bez obaw, to nie boli) - żadnych innych postów o treści innej niż opowiadanie ; wszelkie posty nie będące opowiadaniem będą kasowane. Jak coś nie tak napisałem to Egaheer mnie poprawi. Również o szczegóły nt. projektu opowiadania ciągłego pytajcie ją. OPOWIADANIE CIĄGŁE - POCZĄTEK. Justyna patrzyła z przerażeniem jak jej dom ogarniały płomienie. Ogień obejmował już niemal wszystkie pomieszczenia na parterze i rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Strach sparaliżował jej ciało. Wtem poczuła jak świat wokół niej zawirował i osunęła się miękko na drewnianą podłogę. Pomoc nadal nie nadchodziła. Na zewnątrz panowała głucha cisza i tylko od czasu do czasu przemykał lekki podmuch wiatru. Jesienne liście spokojnie opadały w ciepłych płomieniach zachodzącego słońca. Kwiaty zatopione w gęstej trawie, tuliły swe płatki do snu. Tymczasem w wielkim domu rozgrywał się dramat. Dziewczyna nadal nie odzyskiwała przytomności, gdy dom runął z rozrywającym ciszę hukiem, grzebiąc ją żywcem. A potem nie było słychać już nic, oprócz trzaskającego ognia i szeleszczących liści... |
|
Egaheer [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-07-26 16:17:30 |
Poprawka > ~~~ > Oto początek opowiadania Egaheer. W tym wątku obowiązują dwie zasady : > - do opowiadania można napisać dalszy ciąg ; Można do opowiadania napisać dalszy ciąg, ale trzeba najpierw zajrzeć do HydePark, wątek - Eksperyment z opowiadaniem. Osoby, które są zdecydowane pisać, muszą mi uprzednio wysłać wiadomość (można na priv) ze słowem TAK, ponieważ w tym wątku obowiązuje lista osób uczestniczących w projekcie. Ja ustalam kolejność osób piszących. Lista będzie niedługo umieszczona w wątku w dziale HydePark. |
|
Shogun [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-07-31 19:13:34 |
Opowiadanie ciągłe. - Następny! - krzyknął głos za ladą. Kolejka posunęła się na przód. Justyna stała lekko roztrzęsiona. Stojący przed nią tłuścioch w przepoconej koszulce na ramiączkach odsunął się na bok i odszedł drapiąc się zapamiętale po głowie. - Tak, słucham? - powiedział znudzonym głosem jegomość stojący na stoisku przypominającym punkt sprzedaży waty cukrowej. - Co "słucham"? - zapytała zdezorientowana Justyna. - Słuchaj paniusiu, nie mam czasu na jakieś gierki. Jaką obsesję se paniusia życzy? - Obsesję? - No - odparł mężczyzna z mieszaniną zdziwienia i zniecierpliwienia w głosie. - Ale na co mi obsesja? - A co mnie to obchodzi?! - niewytrzymał. - Stoi pani w kolejsce po obsesję, a ja je rozdaję, tak? Tak. No to szybko niech paniusia mówi co chce bo ja tu jeszcze mam mnóstwo ludzi do obsłużenia. Mężczyzna wychylił się nieco. Kolejka ciągnęła się tak daleko, że ginęła za wzgórzami wyznaczającymi horyzont. Dobre kilka kilometrów. |
|
Hast [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-08-04 16:16:23 |
Opowiadanie ciągłe. - No dalej! - podniesiony głos wyrwał Justynę ze zdumienia. - Ale ja nie rozumiem... - Pierwszy raz, co? Od razu wiedziałem, jak tylko zobaczyłem. Ech... zawsze na mojej zmianie. - Mężczyzna podrapał się nerwowo po spoconej łysinie. Zastanowił się chwilę, po czym chrząknął i splunął. - Dobra. Widzi ten bar mleczny za mną? Justyna posłusznie spojrzała ponad ramieniem mężczyzny. Dostrzegła front jadłodajni. Skinęła głową na znak, że widzi. - Pójdziesz, paniusiu, tam teraz. W środku jest konsultant, on cię oprowadzi. No już, znikaj, bo kolejka... - popchnął ją lekko we wcześniej wskazanym kierunku. Gdy się obejrzała, był już zajęty następnym klientem. Nie bardzo widząc inne wyjście, postanowił skorzystać ze wskazówek. Ruszyła niepewnym krokiem i już po chwili stała przed drzwiami. Pchnęła je lekko, a gdy tylko ustąpiły w nozdrza uderzył ją miły zapach gotowanych kartofli i smażonych warzyw. Bar był pusty, nie licząc jednego jegomościa, który spał sobie w najlepsze oparty o barową ladę. Obok niego spoczywał czarny, zniszczony cylinder. Justyna odruchowo złapała się za guzik od swetra. Nieznajomy przebudził się, przeciągnął, podrapał po brzuchu, po czym zza poły surduta wyjął złoty zegarek na łańcuszku i sprawdził godzinę. Zegarek wrócił na miejsce, a nieznajomy spojrzał zaczerwienionymi oczami na Justynę. - Aaa... no tak. Witam. Zgaduję, że mam wątpliwą przyjemność z panią Justyną? W normalnych okolicznościach ucieszyłbym się, ale, pani wybaczy, okoliczności nie są normalne, a ja, co tu dużo gadać, w ogóle się nie cieszę. Ale co począć, taka praca. Proszę sobie wyobrazić, że nawet my mamy poczucie obowiązku. - Wy? - Justyna sama nie wiedziała, czemu zadała to pytanie. Spośród wszystkich niewiadomych, to kim jest nieznajomy interesowało ją akurat najmniej. - No tak, gdzie moje maniery, W cylindrze chyba. - uśmiechnął się, po czym sięgnął po cylinder i założył go na głowę. - Pani wybaczy mój brak uprzejmości. Faktycznie powinienem się przedstawić na początku naszej rozmowy. Nazywam się William Thackeray, a do moich obowiązków należy... - uśmiechnął się tajemniczo, po czym wyjął z kieszeni mały, drewniany guzik i wręczył go Justynie - No, proszę zgadnąć. - Jego uśmiech niezauważalnie poszerzył się. |
|
Insomnia [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-08-04 22:29:26 |
Opowiadanie ciągłe. To niesamowite jak...- dziewczyna nie zdążyła dokończyć myśli...kiedy jej wzrok ogarnął tajemniczą fakturę drewna zdobiącą guzik, jej świadomość przestała istnieć. Własne myśli dochodziły do niej jakby z innego wymiaru...ale słyszała je doskonale... Zawsze, gdy spoglądam przez ramię widzę ten sam obraz. Szkic świata. Wszędzie pustynia. Czasami zastanawiam się jak mogło do tego dojść. Nieunikniona korozja. Który to dzisiaj...? A może tak było zawsze. Nie. Przecież mówił mi o tym wczorajszy dzień. Zawsze mówi... Kiedyś ten wariat zapytał: - Myślisz, że jeszcze daleko?- Wtedy wszystko zrozumiałam. Był szalony. Naprawdę. Oszalał. Za każdym razem, kiedy wspominam tę chwilę, mam przed oczami jej błękitno-lodowe usta. Była taka... - ...Piękna, widzisz… ona jest piękna. Nic nie odpowiedziałam. Był to pierwszy dzień w mojej wędrówce, w którym miałam świadomość tego obłędu. Wszędzie jest ciemno. Który to dzisiaj...? Mam na myśli ciemno w sensie -CIEMNO. Bardzo. Właściwie, kiedy ono zgasło? - A ta druga, kiedy to ona, bo...o czym to ja... aha... No, więc kiedy? Nieustające pragnienie czegoś, co mogłoby uśpić nas na zawsze. Mówię o sile, jaką daje czas. Gdyby tak...w jednej chwili...budować. Biec, co sił...zatrzymać się i budować. - A, kiedy była bym u celu nie wiedziałabym, od czego mam zacząć - mówię. On na to: - A, kiedy była byś u celu nie wiedziałabyś, dlaczego masz zacząć. Dobrze się nad tym zastanów. To jedyny sens...jedyny. Tak przy okazji, nikt nawet nie powie ci, że jesteś za blisko. Albo jego już tam nie będzie, albo ciebie. - Podobno jest jeden taki, co to wszystko wie – powiedział kiedyś. I rzeczywiście, spotkałam na swej drodze...Zaraz, zaraz...który to dzisiaj...?...A może to nie on. Nie ważne. I mówi do mnie: - Wiem, czego chcesz. Lecz to jedyna... - Wtedy...jego oczy...takie...zimne...i... - chwila w moim życiu, w której nie wiem... Który to dzisiaj...? Jak już mówiłam, nigdy nie dzieje się to, czego się spodziewaliśmy...czy ja już tego nie mówiłam? W każdym razie... - Hej, popatrz. Kiedy odwróciłam głowę w stronę mojego towarzysza, zobaczyłam wielką ścianę lodu. Była oddalona, co najwyżej o 10 kilometrów. Gdyby dobrze się jej przyjrzeć można zauważyć podobieństwo z... Choć widziałam ten obraz...sama nie wiem ile razy, to jednak dziś wydawał się jakiś obcy. - Gdzie oni się podziali? –spytałam. Oboje staliśmy jak wryci. Zapewne wyglądaliśmy jak szaleńcy, którzy wszystkim wokół próbują wcisnąć, że są zdrowi. Każdy z nas miał na twarzy ten komiczny wyraz zdający się mówić...Ja?...Czy ja jestem zdrowy...? - Nie wiem...i raczej nie mam ochoty się dowiedzieć. Wiem natomiast, że kiedy zaczniesz krwawić, to już nie przestaniesz, wiem również, że nie wielu zostało w naszej wędrówce. Mówię nie wielu, bo to już chyba połowa. Wiecie, trochę z wyczerpania, trochę z własnej woli, kilku chciało sprawdzić czy to nie sen, jeszcze kilku zwariowało (to jedno rozumiem). Dziś po raz pierwszy dostałam ataku. A każdy, który to widział nawet nie mrugnął. Właściwie to prawie nikt nie spojrzał. Bo i po co. Stało się to tego samego dnia, w którym wszystko się wyjaśniło. Wszystko, bo już nic nie było ważne. Poza nią oczywiście. Zbliża się Wiatr. Chciałabym go... Tak bardzo chciałabym go dotknąć. Poczuć w ustach jego smak i dotykać...Dotykać! Już zdrowiała, bo to przecież nie ja jestem......chora? A tego samego...nigdy już nie zaznałam. Pozostaje tylko obłąkanie. Obym nie widziała tej drugiej. Wszędzie trąd. Dookoła trąd. Mówią, że tylko ja nim jestem, ale to nie prawda. To tak jakbym...lepiej nie mówić. Może potem. A na razie po kolei. Przecież to wszystko sen...Tak, tak. To na pewno on. Wykręca mój umysł. A wszystko, o czym myślę wie tylko Wiatr. To jednak on...Oszalał... |
|
Rafael [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-08-11 01:57:33 |
Opowiadanie ciągłe. - Ale mów mi Yellowplush! - Thackeray ryknął Justynie do ucha, wyrywając ją z odrętwienia. - Chodź, ktoś chce, byś coś zobaczyła. Yellowplush ujął Justynę pod ramię i stanowczym ruchem pociągnął na wpół przytomną dziewczynę ku wyjściu. - Kto taki? - wymamrotała jeszcze zdrętwiałymi ustami, ale Makepeace Thackeray już jej nie słuchał. Guzik upadł z brzękiem na ziemię, a jakby w odpowiedzi rozległ się głośny stukot talerzy na zapleczu baru. Gdy otworzyły się przed nimi drzwi, kuszący aromat zasmażanych buraków ustąpił miejsca zapachowi jesiennego deszczu. Woda, spływając z brukowanej jezdni, tworzyła tuż przy krawężnikach rozległe kałuże i w jedno z takich brudnych rozlewisk oboje z rozpędem wdepnęli. Yellowplush nie zwrócił na to uwagi, tylko pędził dalej przed siebie, ciągnąc dziewczynę za sobą. Te kilka osób, które minęli w szalonym pędzie po mokrych ulicach, nawet nie zwróciło na nich uwagi - tędzy mężczyźni w długich płaszczach i cylindrach maszerowali przed siebie, wciskając głowy między ramiona dla zapewnienia sobie złudzenia ochrony przed deszczem; jakaś kobieta, próbując nadążyć za swym mężem (tak to przynajmniej wyglądało) przeskakiwała ponad kałużami, podciągając z wdziękiem długą suknię. Thackeray przeciągnął Justynę jakimiś bocznymi zaułkami, aż wreszcie wyszli na niewielki placyk przed okazałym kościołem. - Patrz teraz - nakazał Yellowplush. Dziewczyna posłusznie spojrzała w kierunku okazałych drzwi prowadzących do świątyni, skąd wychodziła teraz grupka wiernych, najwyraźniej po nabożeństwie. Obok wrót klęczał wychudzony starszy mężczyzna, przed sobą miał wyświechtany kapelusz, odwrócony tak, by można było coś do niego wrzucić. Jakiś inny, dystyngowany mężczyzna w eleganckim fraku zatrzymał się koło niego, wyciągnął coś zza pazuchy i wrzucił do kapelusza. Żebrak uśmiechnął się do niego, a mężczyzna we fraku odwzajemnił uśmiech, wydawało się nawet, że zamienili ze sobą kilka słów. Na pożegnanie jeszcze się sobie ukłonili i już rozpromieniony ofiarodawca zbiegał ze schodów, by wsiąść do czekającej na niego dorożki. Justyna zauważyła, że mimowolnie sama się do siebie uśmiecha. - Jak jeszcze ja się uśmiechnę, to słońce gotowe nam wyjść zza chmur - zadrwił Thackeray. - A czy cieszyłaby się jaśnie panna, gdyby wiedziała, że ów dżentelmen zeszłego roku tak długo tłukł swą żonę, aż straciła ciążę? Ale, ale, chyba tracimy czas na dyrdymały... Ot, drobnomieszczańskie rozrywki, nieprawdaż? No cóż, w środku wszak czekają na nas ciekawsze rzeczy. Zanim Justyna zdołała zaprotestować, Yellowplush znów delikatnie, acz stanowczo ujął ją za łokiec i prowadził w kierunku kościoła. Roztrącił masywne, drewniane wrota i wprowadził na środek... "...pociąg InterCity relacji blurb... glorb... <trzask> przyjedzie opóźniony o około pół godziny... <trzask>" |
|
kajetiks [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-08-12 16:56:30 |
Opowiadanie ciągłe. Siedziała w środku i patrzyła na mijający czas za szybą. Właściwie to nie chciała wracać, ale gdy ktoś przykłada Ci wskazujący palec do głowy z groźbą, że wystrzeli trudno się z nim nie zgodzić. - Widać byłam nie dość ładnie szalona, subtelnie a potem ze znudzeniem odesłana do domu, którego nie mam, pociągiem jadącym przez próżnie, czy cholera wie gdzie – przestała na chwile myśleć, ktoś z wielkim garbem otarł się głośno o połowicznie próchniejące drzwi od przedziału. Stylowe siedzenia i zawijane metalowe podłokietniki dawały jej odrobinę nadziei. Nie robiło się od nich mdło, przynajmniej chciały coś przekazać, niezależnie jak bardzo miałyby w dupie pasażerów, niezaprzeczalnie były prawdziwe. Na tą jedną chwilę poczuła się dobrze, choć wiedziała, ze to jeszcze nie koniec, wiedziała gdzie zmierza. - Gdzie pani jedzie? – głos był szorstki i chłodny. - Tam, gdzie wysiądę i nic tego nie zmieni – odpowiedziała z pewnością, lecz bez zadziorności Justyna – Tam będzie mój dom. - I myśli pani, ze to koniec? – pytała dalej z zadziornością, tembr jej słów był apogeum, tego co jest wstanie z siebie wykrzesać w stanie taniej wyższościowej irytacji czterdziestolatka. Nie miała zamiaru odpowiadać, wolała wygrać milczeniem nad prowokacją. Współtowarzyszka podróży popatrzyła się pseudo dostojnie za szybę, za którą nie było nic ciekawego, nie było za nią praktycznie nic. Ot tak nicość w czystej postaci. - Dlaczego ludzie chcą tak marnować życie, dlaczego w pociągach nie czytają książek – spytała się sama do Siebie. Istota obok wstała i dystyngowanym krokiem skierowała się do wyjścia. - Widzi pani, te domostwo tam? – znów zagaiła rozmowę, wspólna myśl, którą jechali powoli dosuwała się do zniszczonego domu z czerwonej cegły, nieliczna ze stojących ścian nosiła wyraźne ślady okopcenia i sadzy – to moje nowe mieszkanie, jest nowe i doskonałe, wystarczy mi na początek – dopowiedziała. Nie wytrzymała, musiała się odezwać... - Ale, proszę pani przecież to rozpadlina – odpowiedziała ze szczerym zdziwieniem i zażenowaniem, ale nie bez płaszczyka kultury, nawet w takich chwilach nie lubiła natrętnego ekshibicjonizmu. - Jest lepszy niż twój zdziro! – krzyknęła piskliwie i ostro, jak przystało na około czternastoletnią dziewczynkę, bo przecież cały czas nią była, kiedy siedziała i mówiła, patrzyła i jechała, od kiedy po prostu od początku taka była. Uśmiechnęła się grzecznie i wyszła. W przedziale nastał spokój. Harmonia prysła do środka wszedł konduktor. - Poproszę o bilet – powiedział grzecznie i delikatnie, bo naprawdę taki był - Ale ja zapomniałam biletu, naprawdę bardzo za to przepraszam – wyjąkała Justyna. - Ależ nic nie szkodzi – następnie poprosił, aby wstała i objął ją delikatnie za biodro. Nie było w tym grama seksualnego podtekstu, skierowali się powoli i ciepło do wyjścia z wagonu. - Niestety musisz wysiąść – powiedział uchylając drzwi pociągu jadącego tak szybko jakby chciał się zabić zapominając zupełnie gdzie jedzie. Zrozumiała i właściwie chciała podziękować, gdy stała na stopniu będąc o krok od wypadnięcia, nie zdążyła. Szepnął jej tylko by nie dała się zwieść pozorom. Wypadła wprost na środku morza, wpadając w głębinę i wypływając delikatnie unosząc się na małych falach. W oddali na horyzoncie tlił się ogień, jednak wiedziała, że jest daleko. |
|
Egaheer [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-08-18 18:02:41 |
Opowiadanie ciągłe. Umysł dziewczyny uparcie drążyła jedna, jedyna myśl - "Ogień". Płynęła szybko, równo, nie odczuwając zmęczenia. Płomień rozrastał się powoli, a to, czego jeszcze przed chwilą nie było widać - teraz zaczęło nabierać konkretnych kształtów. Justyna uparcie wpatrzona w jeden punkt, uczepiona nieokreślonej nadziei, pokonała odległość w zawrotnym tempie. Woda wokół niej niepostrzeżenie opadła, w jej miejscu pojawił się najpierw piasek, potem pożołkłe źdźbła trawy. Przed nią rysowała się wyraźna, szeroka, droga w głąb lasu. Krusząc stopami delikatną, wyschniętą trawę, dziewczyna omijała ostrożnie stare, nadpalone drzewa, na których zachowały się jedynie resztki liści. Droga stawała się coraz węższa, lecz ona wciąż usilnie starała się dotrzeć do tego miejsca, gdzie widziała ogień. Jasne, czyste, błękitne niebo z czasem zostało przesłonięte przez grube, bezlistne kikuty drzew, które rzucały złowrogie cienie. Nie było słychać żadnych odgłosów zwierząt i głosów ludzi. Było aż nazbyt cicho. Prawie tak, jakby czas zatrzymał się dla wszystkich, prócz niej. I choć ścieżka była już niemal niewidoczna, Justyna osiągnęła swój cel. Ogień już dogasł. Widok tego, co zastała, przytłoczył ją. Poczuła się tak, jakby ktoś, kto pozbawił ją teraz nadziei, równocześnie obarczył niewidzialnym ciężarem. Zrezygnowana usiadła na złotobrązowej trawie. Siedziała tak dłuższą chwilę, gdy poczuła podmuch wiatru. Kiedy wreszcie podniosła wzrok, zobaczyła, jak coś lekko zawirowało przed jej stopami. To był popiół. Popiół z jej spalonego domu. W jej myślach nie było już miejsca na niepewność i strach. Teraz wypełniał je ból. Tętniący równomiernie, mocniej i mocniej, rozlewający się w jej głowie jak rzeka. Wstała i zaczęła iść prosto przed siebie mechanicznie, bez świadomości, zupełnie jak marionetka pociągana za sznurki. Nagle zobaczyła jak poprzez ruinę jej starego domu przeświecał mały promyk. Migoczące światełko z czasem poruszyło się nieznacznie, a popiół wokół niego zafalował, po czym leniwie przemieścił się, by za chwilę utworzyć zwartą masę. Masę, która przypominała... dłoń. Moment później uformowała się druga dłoń, nogi i resztę ciała, wreszcie - twarz. Postać wstała tak lekko, tak delikatnie, jakby płynęła w powietrzu. Justyna stała twarzą w twarz z młodą, piękną kobietą. - "Nie, nie wierzę..." - wyszeptała Justyna. W odpowiedzi usłyszała... jej własny głos. - "Właśnie dlatego się tu znalazłaś". |
|
Shogun [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-12-08 18:38:47 |
Opowiadanie ciągłe. - Kim jesteś? - zapytała Justyna sama zastanawiając się czy chce uzyzksć odpowiedź. - To nieistotne. Zresztą gdzieś tam w środku dobrze wiesz kim jestem, ale nie chcesz tego dopuścić do świadomości. - Czy to jest jakaś zagadka-żart? - rzuciła Justyna przez ściśnięte gardło - Czy jak dojdę do rozwiązania to wszystko wróci do normy? - Haha - zaśmiała się tajemnicza kobieta. - Normy? - No tak, normy. - Słuchaj kochanieńka, jedyny sposób by powrócic do tej, jak ty to nazywasz, normy to zgodzenie się na moje warunki. - A jeśli tego nie zrobię? - Wtedy nic nie wróci do normy - powiedziała kobieta złośliwie się przy tym usmiechając. - No dobrze. To w takim razie jakie są te warunki? - Och, bardzo proste. Musisz się ze mną przespać. - Co?! - Justyna ryknęła z niedowierzaniem. - Słyszałaś mnie. Musisz się ze mną przespać. Wtedy wrócisz do tej swojej normu. - Ale ja nie jestem lezbijką! - Myślisz, że to ma jakieś znaczenie? - Poza tym jestem na skraju wyczerpania psychicznego, emocjonalnego i cielesnego. - Dlatego będzie ciekawiej. - Ale ja nie mogę. - No cóż, skoro nie możesz to trudno. Za to ja mogę Cię tu zostawić wśród tych ruin na wieki. Chcesz? - Nie! - krzyknęła Justyna i swojej odpowiedzi była pewna jak niczego na świecie. - No więc dobrze. To oznacza, że mamy umowę - tajemnicza kobieta uśmiechnęła się, wyciągając zza siebie niebieskie dildo na pasku. |
|
KiniaMa [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-12-11 23:08:32 |
Opowiadanie ciągłe. Wiesz co? –Justyna spojrzała w zamglone, nierzeczywiste oczy tamtej. Bez strachu. – Wchodzę w to: ale bez tego. -Jak to, bez tego? -No bez! Seks to seks, a dildo, to dildo. Ja Ci pokażę. Wszystko, co umiem, przyrzekam. Zobaczysz, nie będziesz żałowała. -Ale jak ty sobie to wyobrażasz? Przecież to niewykonalne! -No na tych śmieciach, na pewno. Ruiny ruinami, ale jakieś łóżko... czy chociażby miękki dywan... -Acha... dobrze. Zamknij oczy, a potem podaj mi swoją lewą dłoń. –Justyna zrobiła to, o co ją proszono, poczuła coś jakby dotyk lekkich firan, zmysłową woń piżma i ledwo odczuwalny zefirek. –Już! –rozejrzała się. Komnata obita miękkim aksamitem, łoże z baldachimem, świece w kandelabrach... po prawej stronie tuż przy drzwiach, klęcznik i ogromny obraz Madonny z dzieciątkiem. Malarstwo niderlandzkie w najlepszym wydaniu, i różaniec z drzewa cedrowego przewieszony przez oparcie. No i jej przyszła kochanka, bardziej rzeczywista, niż wcześniej. Już nie tak wysoce efemeryczna, z wyraźnie zarysowanym nosem, niebieskimi oczyma, ze stojącymi sutkami, obrzmiałymi wargami i tym wyraźnym zapachem chuci, sączącym się spomiędzy fałd sukni. Wystraszyła się tego. Było zbyt intensywne, nie wiedziała, co mogłaby zrobić. I jej ciało... reagowało. Reagowało tak, jak na żadnego mężczyznę. Peszyło ją to. Podeszła do okna, żeby zakryć czymś swoje zmieszanie. Widok, który zobaczyła... średniowieczne miasteczko. Wąska ulica, zapach moczu, szczury biegające od jednej, do drugiej ściany, żebraczka, jedząca obierki wyrzucone z czyjegoś okna – i ten wysoki cień, po prawej. Wpatrzyła się weń. Przypominał jej... nie, niemożliwe. Kasjopeja, odnaleźć Kasjo... dokładnie tam, gdzie bywała między 21.30, a 22gą. -Która godzina? -Za piętnaście dziesiąta. -A... –bała się zapytać, ale jednocześnie coś kazało jej to zrobić –Ten strzelisty budynek, tam po prawej... -Kościół Świętej Trójcy. -Ale on przecież spłonął w pożarze w 89, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką... -Spłonie, kochana. Teraz jeszcze pachnie świeżością. -Nie... rozumiem... -Jest rok 1673. -A ten budynek? W którym teraz... -Dokładnie w miejscu twojego domu, ale ponad trzy wieki temu. -A... ty... skąd wiesz? To wszystko – wszystko... -Bo jestem trupem, kochana. -Co? -Trupem starszym, niż ten kościół. Sięgam... cóż, sięgam początków świata. -Jak to, początków... nie rozumiem. Nie kpij ze mnie. -Nawet mi to do głowy nie przyszło. Ja po prostu... rozbieraj się. –w oczach kobiety zapłonęła żądza. Wzmógł się oszałamiający zapach. Justynie zakręciło się w głowie. -Co? -Nie ma chwili czasu, natychmiast zrzucaj z siebie te szmaty, muszę Cię mieć – po wszystkim, wytłumaczę ci. Teraz – natychmiast – muszę!! |
|
Hast [ nieaktywne ] Wysłano: 2006-12-25 20:36:42 |
Opowiadanie ciągłe. === - Czym sobie zasłużyłem? - Thackeray spytał na głos. Ciemność nie odpowiedziała. Nie liczył na to. Czuł, jak woda powoli przesiąka do jego butów, co nie poprawiało mu i tak nieszczególnego samopoczucia. Namacał w kieszeni zapalniczkę. Odpaliła dopiero za dwunastą próbą. Ciemność ustąpiła. Na chwilę. - Auuu! - krzyknął Thackeray i wpakował poparzony kciuk do ust - Pieprzone zapalniczki. Dlaczego tak szybko się nagrzewają?! Kciuk powoli przestawał piec. Thackeray zastanawiał się nad tym, co miał przez chwilę okazję zobaczyć. Gdzie był? Nie miał bladego pojęcia. Równie wielką tajemnicą było to, jak się tam znalazł. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni surdutu i wydobył mały telefon komórkowy. Przeszukał "Spis telefonów". pod literą "H" znalazł to, czego szukał. - Witam, sir. Obawiam się, że nie wiem, gdzie jestem... tak... chyba będę potrzebował pańskiej pomocy... tak... nie... zniknęła... oczywiście... natychmiast... dziękuję. Telefon zniknął w wewnetrznej kieszeni. Potem zniknęły nogi Yellowplusha. Potem recę, tułów i głowa. Cylinder wpadł do wody. === - Nie ma chwili czasu, natychmiast zrzucaj z siebie te szmaty, muszę Cię mieć – po wszystkim, wytłumaczę ci. Teraz – natychmiast – muszę!! - Nic nie musisz - usłyszały niski, męski, lekko poirytowany głos. Nie wiedziały jak się tam znalazł, ale wiedziały jedno: był tam. I był lekko poirytowany. - Gdzie twój cylinder? - zapytała Justyna, po raz kolejny zaskakując sama siebie tym, że w najmniej odpowiednim momencie potrafi zadać najmniej ważne pytanie. Thackeray spojrzał na nią wzrokiem wypranym z szacunku. - Wychodzimy - powiedział i złapał Justynę za ramię, po czym energicznie wyciągnął ją z pokoju. Za progiem zniknęli. === - Jak wyglądam? - zapytał Thackeray. Na głowie miał nowy, piękny cylinder. - Świetnie. Mówiłeś, że wszystko mi wyjaśnisz. - Justyna była wyraźniej zniecierpliwiona. Po zniknięciu z sypialni "szalonej nimfomanki" (jak ochrzcił ją William) pojawili się naglę na środku rynku pełnego ludzi. Jej towarzysz obiecał, że wszystko jej wytłumaczy, jak tylko nabędzie nowy kapelusz, po czym zniknął w tłumie, zanim Justyna otrząsnęła się z szoku wywołanego dziwną podróżą. Wrócił po dwóch minutach. - Tam jest mała, przytulna kawiarenka. Nikt nie będzie nam tam przeszkadzał. Panie przodem. Kawiarenka faktycznie była przytulna i, jak obiecał Yellowplush, nikt im tam nie przeszkadzał. Nawet obsługa, co zdenerwowało Justynę, bo po tym wszystkim miała ogromną ochotę na wielki kubek gorącej czekolady. - Wszystko zaczęło się od tego - zaczął wyjaśniać Thackeray, a spod surdutu wyjął plik zadrukowanych kartek. Justyna sięgnęła po pierwszą z wierzchu. Na samy środku kartki widniał napis 'Definicja satanisty', a pod spodem pseudonim autora: Sabatiel. - Nie masz bladego pojęcia ile to namieszało tam, skąd pochodzę - powiedział zgaszonym głosem Yellowplush - Przeczytaj to, a samo zrozumiesz. Spod surdutu Thackeray'a rozległo się dzwonienie. Wyjał telefon i odebrał. - Tak?... rozumiem... trudno... dziękuję, sir. Narazie jest ze mną... nie wiem... do zobaczenia. - odłożył telefon na stolik - nasz czas się skończył. - powiedział do Justyny - Mam nadzieję, że gdy znowu się spotkamy, zdąrzę zabrać cię do mojego domu. Światło zgasło. Gdy znów się zapaliło Justyna zauważyła, że Thackeray zniknął. Został po nim tylko cylinder. |
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>


















