Satan.pl > Czytelnia > Nietzsche >[ Zaloguj się ]   [ Rejestracja ]
FelietonyEsejePublikacjeKontekstyKontakt

3| Rozprawa trzecia. Co znaczą ideały ascetyczne?

<poprzedni<  początek >następny>

Uwaga, ta strona w wyniku przenosin na nowy serwer została ucięta, jest niekompletna. Wkrótce zostanie poprawiona i uzupełniona.


Beztroskich, drwiących, gwałtowników - takimi
chce  n a s  mieć mądrość. Jest niewiastą,
kocha zawsze tylko wojownika.

Tako rzecze Zaratustra


1.

Co znaczą ideały ascetyczne? - U artystów nic, lub zbyt wiele rzeczy; u filozofów i uczonych coś jakby wietrzenie i instynkt co do najbardziej sprzyjających warunków wysokiej duchowości; u kobiet, w najlepszym razie, jeden powab uwodny  w i ę c e j, pewną morbidezza1 pięknego ciała, anielskość ładnego, tłustego zwierza; u fizjologicznie upośledzonych i rozstrojonych (u  w i ę k s z o ś c i  śmiertelnych) usiłowanie, by wydawać się "zbyt dobrymi" dla tego świata, są świętą formą wybujałości, głównym ośrodkiem w walce z długim cierpieniem i nudą; u kapłanów są one właściwą wiarą kapłańską, najlepszym narzędziem mocy, także "najwyższym" zezwoleniem na moc; u świętych wreszcie pozorem do snu zimowego, ich novissima gloriae cupido2, ich spokojem w nicości ( "Bogu"), formą ich obłędu. Że jednak w ogóle ideał ascetyczny tak wiele znaczył dla człowieka, w tym wyraża się zasadniczy fakt człowieczej woli, jej horror vacui3:  p o t r z e b u j e   o n   c e l u - i woli raczej jeszcze chcieć  n i c o ś c i, niż  n i e   c h c i e ć. - Czy mnie rozumiecie?... Czyście mnie zrozumieli?... "B y n a j m n i e j,  m ó j   p a n i e !" - Zacznijmy więc od początku.

4.

Wypowiadając w takim wypadku, który ma w sobie wiele bolesnego, swoje mniemanie - a jest to wypadek  t y p o w y  - sądzę, że będzie z pewnością najlepiej oddzielić twórcę o tyle od jego dzieła, by jego samego nie brać tak poważnie, jak jego dzieło. Jest on w końcu tylko uprzednim warunkiem swego dzieła, łonem matczynym, gruntem, w pewnej mierze pognojem i śmieciem, na którym, z którego, ono wyrasta - a zatem w najliczniejszych wypadkach czymś, o czym trzeba zapomnieć, jeśli się samym dziełem radować chcemy. Wnikanie w  p o c h o d z e n i e  dzieła należy do fizjologów i wiwisektów ducha: nigdy zaś, nigdy, do ludzi estetycznych, artystów! Poecie i twórcy Parsifala nie zostało oszczędzone głębokie, podstawowe, nawet straszliwe wżycie się i zejście w średniowieczne kontrasty duszne, złowrogie stanie na uboczu od wszelkiej wyżyny, surowości i karności ducha, pewien rodzaj intelektualnej  p r z e w r o t n o ś c i  (jeśli mi się wybaczy to słowo), podobnie jak brzemiennej kobiecie wszystkie obrzydliwości i przedziwności ciąży, o których, jak się rzekło, musi się zapomnieć, by móc się dzieckiem radować. Należy się wystrzegać i nie mieszać rzeczy, jak to sam artysta zbyt łatwo czyni, z psychologicznej contiguity4, jak mówią Anglicy: jakby on sam  b y ł  tym, co przedstawiać, wymyślać, wyrażać może. Faktycznie, jest tak, że  j e ś l i   b y  był tym właśnie, siłą konieczności nie mógłby tego przedstawić, wymyślić wyrazić; Homer nie byłby stworzył Achillesa, Goethe Fausta, gdyby Homer był Achillesem, a Goethe Faustem. Doskonały i zupełny artysta jest po wszystkie wieki oddzielony od "realności", od rzeczywistości; z drugiej strony jest zrozumiałym, jak tą "nierealnością" i fałszywością swego najwnętrzniejszego istnienia niekiedy aż do rozpaczy znużyć się może - i że usiłuje wówczas wtargnąć w to, co mu właśnie najbardziej wzbronione, w to, co rzeczywiste i  b y ć  rzeczywiście. Z jakim powodzeniem? Można odgadnąć. Jest to  t y p o w a   z a c h c i a n k a  twórcy, ta sama zachcianka, której uległ i postarzały Wagner, i którą tak drogo, tak fatalnie odpokutować musiał (- stracił z jej powodu część najcenniejszych przyjaciół). Lecz w końcu, pomijając tę  z a c h c i a n k ę, któż by w ogóle nie życzył dla samego Wagnera, by  i n a c z e j  się był pożegnał z nami i swoją sztuką, nie Parsifalem, lecz bardziej zwycięsko, z większą pewnością siebie, bardziej po wagnerowsku - mniej uwodząco na manowiec, mniej dwuznacznie w stosunku do całości swych usiłowań, mniej po schopenhauerowsku, mniej nihilistycznie?...

5.

- Cóż więc znaczą ideały ascetyczne? Jeżeli chodzi o artystę, pojmujemy to właśnie:  n i c   z g o ł a !... Lub tak wiele rzeczy, że jest to tyle, co nic zgoła... Wreszcie, cóż zależy na tym? Panom artystom daleko do tego, by stać dość niezależnie na świecie i  p r z e c i w  światu, żeby ich oceny wartości i zmiana tychże zasługiwała w  s o b i e  na współodczuwanie! Byli oni wszystkich czasów lokajami jakiejś moralności, lub filozofii, lub religii, pomijając już całkiem, że byli niestety dość często nazbyt gibkimi dworakami swych zwolenników i popleczników i wietrzącymi pochlebcami wobec starych lub właśnie nowo wynurzających się potęg. Co najmniej potrzebują zawsze ochrony, oparcia, jakiegoś ustalonego autorytetu: artyści nie stoją nigdy o własnej sile, stanie o własnej sile sprzeciwia się ich najgłębszym instynktom. Tak na przykład Ryszard Wagner wziął sobie filozofa Schopenhauera, gdy "nadszedł czas" za przewodnika i opiekuna; któż by zresztą choćby tylko przypuścił, że mógł mieć  o d w a g ę  do ideału ascetycznego bez poparcia, którego mu użyczała filozofia Schopenhauera, bez autorytetu Schopenhauera, który w siedemdziesiątych latach osiągnął w Europie  p r z e w a g ę  (pominąwszy już, czy w  n o w y c h  Niemczech był w ogóle możliwy artysta bez mleka bogobojnego, państwowo bogobojnego sposobu myślenia). - I oto dotarliśmy do najpoważniejszego pytania - co znaczy, jeśli prawdziwy filozof hołduje ideałowi ascetycznemu, prawdziwie na sobie samym oparty duch, jak Schopenhauer, mąż i rycerz o spiżowym spojrzeniu, który ma odwagę być sobą samym, który umie stać sam, a nie czeka dopiero na przodowników i skinienia z góry? - Rozważmy tu natychmiast godne uwagi i dla pewnego rodzaju ludzi moc czaru mające stanowisko Schopenhauera w stosunku do  s z t u k i: bo to ono było oczywiście powodem, dla którego przede wszystkim Ryszard Wagner przeszedł na stronę Schopenhauera (namówiony do tego przez pewnego poetę, wiadomo, przez Herwegha), i to aż do tego stopnia, że przez to rozwarła się zupełna teoretyczna sprzeczność pomiędzy jego dawniejszą a jego późniejszą wiarą estetyczną. Pierwsza na przykład wyrażona jest w Operze i dramacie, druga w pismach, które wydał po roku 1870. W szczególności zmienia Wagner, co może najbardziej zadziwia, zmienia odtąd bezwzględnie swój sąd o wartości i stanowisku  m u z y k i  samej; cóż zależało mu na tym, że dotąd czynił z niej środek, medium, "kobietę", która, by się rozwinąć, potrzebuje koniecznie celu, mężczyzny - mianowicie dramatu! Pojął on od razu, że z schopenhauerowską teorią i nowinką  w i ę c e j  zrobić można in maiorem musicae gloriam5 - to jest z  s a m o w ł a d z t w e m  muzyki, tak, jak je Schopenhauer pojął. Muzyka stanęła tu na uboczu od wszystkich pozostałych sztuk, jako niezawisła w sobie sztuka,  n i e, jak tamte, przedstawiające odbicia zjawiskowości, raczej jako przemawiająca językiem  w o l i  bezpośrednio z "bezdni", jako jej najwłaśniejsze, najpierwotniejsze, wprost z niej się wywodzące objawienie. Wraz z tym nadzwyczajnym podwyższeniem wartości muzyki, wyrosłym z filozofii schopenhauerowskiej, podniósł się od razu i sam  m u z y k  niesłychanie w cenie: stał się odtąd wyrocznią, kapłanem, ba, więcej niż kapłanem, pewnego rodzaju trąbą "rzeczy samej w sobie", telefonem zaświata - wypowiadał odtąd nie tylko muzykę, ten brzuchomówca Boga - wypowiadał metafizykę: cóż dziwnego, że wreszcie pewnego dnia zaczął prawić o  i d e a ł a c h   a s c e t y c z n y c h ?...

6.

Schopenhauer zużytkował dla siebie kantowskie ujęcie problematu estetycznego - jakkolwiek z pewnością nie patrzał nań kantowskimi oczyma. Kant spodziewał się, że wyświadczy zaszczyt sztuce, gdy między właściwościami piękna odznaczy i na czoło wysunie te, które są zaszczytem wiedzy: bezosobowość i ważność powszechna. Czy to nie było w zasadzie błędem, nie tu miejsce do roztrząsania; podkreślić jeno pragnę, że Kant, podobnie, jak wszyscy filozofowie, zamiast patrzeć na problemat estetyczny ze stanowiska doświadczeń artysty, rozmyślał o sztuce i pięknie jedynie ze stanowiska "widza" i przy tym wciągnął niepostrzeżenie samego "widza" w pojęcie "piękny". Lecz gdyby przynajmniej ten "widz" był dostatecznie znany filozofującym o pięknie! - to jest jako wielka,  o s o b i s t a  oczywistość i doświadczenie, jako pełnia najbardziej własnych, silnych wydarzeń życiowych, żądz, niespodzianek, zachwytów w dziedzinie piękna! Lecz rzecz miała się zawsze, jak się obawiam, przeciwnie: tak więc otrzymujemy od nich zaraz z początku definicje, które, jak w owej sławnej definicji Kanta o pięknie, brak wytworniejszego doświadczenia własnego toczy jak duży robak w miejscu zasadniczej pomyłki. "Piękne jest, mówi Kant, co się podoba  b e z i n t e r e s o w n i e". Bezinteresownie! Porównajmy z tą definicją tamtą inną, którą stworzył prawdziwy "widz" i artysta - Stendhal, nazywający raz piękno une promesse du bonheur6. Jest tu w każdym razie  o d r z u c o n e  i wykreślone to, co Kant w estetycznym stanie jedynie wyróżnia: le desintéressement7. Kto ma słuszność, Kant czy Stendhal? - Oczywiście, jeżeli naszym estetykom nie przykrzy się obciążać szali na rzecz Kanta tym, że pod czarem piękna można  n a w e t  nieubrane posągi kobiece oglądać "bezinteresownie", to nam wolno też pobawić się trochę ich kosztem: doświadczenia  a r t y s t ó w  są na tym śliskim punkcie bardziej interesujące, a w każdym razie Pigmalion  n i e k o n i e c z n i e  musiał być "człowiekiem nieestetycznym". Złóżmy tym lepsze świadectwo niewinności naszych estetyków, która odzwierciedla się w takich argumentach, poczytajmy na przykład Kantowi za chlubne to, czego o najistotniejszej właściwości zmysłu dotyku uczyć umie z naiwnością wiejskiego proboszcza! - A teraz powracamy do Schopenhauera, który w zupełnie innej, niż Kant mierze był bliski sztukom, a jednak nie mógł wydobyć się z zaklętego koła Kantowskiej definicji: jak to się stało? Okoliczność jest dość dziwna: słowo "bezinteresownie" wykładał sobie w najosobistszy sposób, na podstawie jednego doświadczenia, które u niego należeć musiało do najprawidłowszych. O niewielu rzeczach mówi Schopenhauer z taką pewnością, jak o działaniu kontemplacji estetycznej: pomawia ją, że przeciwdziała ona właśnie "interesowności"  p ł c i o w e j, podobnie więc, jak lupulina i kamfora; był nieznużony na punkcie uświetniania  t e g o  wyzwalania się od woli, jako wielkiej korzyści i pożytku stanu estetycznego. Ba, czuje się pokusę zapytać, czy jego zasadnicza koncepcja "woli i wyobrażenia", czy jego myśl, iż wyzwolenie się z "woli" możliwe jest jedynie przez "wyobrażenie", nie pochodzi z uogólnienia owego doświadczenia płciowego. (Przy wszystkich zagadnieniach co do filozofii Schopenhauerowskiej, mówiąc nawiasem, nie należy nigdy wypuszczać spod uwagi, że jest ona koncepcją dwudziestosześcioletniego młodzieńca, że więc zabarwiona jest nie tylko tym, co jest specyficznym w Schopenhauerze, lecz i tym, co jest specyficznym w owym okresie życia). (...) Schopenhauer opisał jedno działanie piękna, to, które uspakaja wolę - jestże ono jednak prawidłowe? Stendhal, jak się rzekło, natura nie mniej zmysłowa, lecz szczęśliwiej, niż Schopenhauer udana, podnosi inne działanie piękna: "piękno  o b i e c u j e  szczęście". Jemu wydaje się właśnie  "p o b u d z e n i e   w o l i"  ("interesu") przez piękno rzeczywistym stanem rzeczy. I czyżby nie można w końcu samemu Schopenhauerowi zarzucić, że się pod tym względem bardzo niesłusznie za kantowczyka uważa, że kantowskiej definicji piękna wcale a wcale po kantowsku nie rozumiał - że i jemu piękno podoba się z "interesu", nawet najsilniejszego, najosobistszego interesu, z interesu katowanego, który się od swej katuszy uwalnia?... I by powrócić do naszego pierwszego zagadnienia: "cóż znaczy, jeśli filozof hołduje ideałom ascetycznym?" - to znajdujemy tu przynajmniej pierwszą wskazówkę:  c h c e   s i ę   u w o l n i ć   o d   k a t u s z y. -

8.

Jak widać nie są to wcale nieprzekupni świadkowie i sędziowie  w a r t o ś c i  ideału ascetycznego, ci filozofowie! Myślą o  s o b i e  - cóż ich obchodzi "święty"! Myślą przy tym o tym, co dla  n i c h  właśnie jest najniezbędniejsze: to jest o wolności od musu, przeszkody, hałasu, od zajęć, obowiązków, trosk; o jasności w głowie, o tańcu, skoku i locie myśli; o dobrym powietrzu, rzadkim, czystym, wolnym, suchym, jak powietrze wyżynne, wśród którego wszelkie istnienie zwierzęce duchowym się staje i dostaje skrzydeł; o spokoju we wszystkich souterrains8; wszystkie psy uwiązane starannie na łańcuchach; nie słychać szczekania nieprzyjaźni ni rozczochranej rancune; żadne podjadki nie toczą zadraśniętej dumy; skromne i poddańcze wnętrzności są pilne, jak kołowroty młyńskie, lecz dalekie; serce obce, zaświatowe, przyszłe, pogrobowe - myślą, razem wziąwszy, przy ideale ascetycznym o pogodnym ascetyzmie przebóstwionego i uskrzydlonego zwierza, który więcej ponad życiem buja, niż spoczywa. Wiadomo, czym są te trzy błyskotliwe słowa ideału ascetycznego: ubóstwo, pokora, czystość; przypatrzcie się jeszcze raz z bliska życiu wszystkich wielkich, rodzajnych, wynalazczych duchów - odnajdziecie tam zawsze wszystkie trzy do pewnego stopnia. Wcale  n i e, rozumie się samo przez się, jako ich "cnoty" - cóż ma ten rodzaj ludzi do czynienia z cnotami! - lecz jako najistotniejsze i najnaturalniejsze warunki ich  n a j l e p s z e g o  istnienia, ich  n a j b u j n i e j s z e j  płodności. Przy tym jest zgoła możliwym, że ich dominująca duchowość musiała wprzód wodze nałożyć niepohamowanej i drażliwej dumie lub krnąbrnej zmysłowości, albo, że dość trudno było jej sercem i ręką podtrzymywać swą wolę "pustyni" przeciw skłonności do zbytku i największego wyszukania, jak i przeciw marnotrawnej szczodrocie. Lecz czyniła to właśnie jako instynkt  d o m i n u j ą c y, który żądania swe przeprowadzał przed wszystkimi innymi instynktami i czyni to jeszcze; gdyby tego nie czyniła, nie byłaby właśnie dominującą. Nie ma w tym nic z "cnoty". Zresztą  p u s t y n i a, o której właśnie mówiłem, gdzie wycofują się i samotnieją silne, niezawiśle nastrojone duchy - och, jakże inaczej wygląda, niż wykształceni ją sobie wyobrażają! - w danych razach bowiem oni nią są, ci wykształceni. I pewnym jest, że wszyscy duchowi aktorzy siłą konieczności nie wytrzymaliby w niej - dla nich nazbyt mało jest ona romantyczna i syryjska, nazbyt mało pustynią teatralną. Jużci nie brak i w niej wielbłądów: do tego jednak ogranicza się całe podobieństwo. Własnowolne może ukrycie w ciemności; usuwanie się z drogi samemu sobie; lęk przed wrzawą, szacunkiem, gazetą, wpływem; mały urząd, dzień powszedni; coś, co więcej ukrywa, niż na światło stawia; przy sposobności obcowanie z beztroskim, pogodnym zwierzem i ptactwem, którego widok pokrzepia; góry do towarzystwa, lecz nie martwe, góry z  o c z a m i  (to znaczy z jeziorami); w danym razie nawet pokój w przepełnionej wszechświatowej gospodzie, gdzie się jest pewnym, że nas wezmą za kogo innego, i gdzie bezkarnie można mówić z każdym - to jest tu pustynią: och, jest ona dość samotna, wierzcie mi! Gdy Heraklit wycofywał się w dziedzińce wolne i portyki olbrzymiej świątyni Artemidy, to "pustynia" ta była godniejsza, przyznaję: dlaczego nam brak takich świątyń? (...). Lecz co Heraklit wymijał, to to samo, czemu  m y  dziś z drogi schodzimy: to zgiełk i demokratyczna gadanina Efezyjczyków, ich polityka, ich nowinki o "państwie", ich kram jarmarczny "dnia dzisiejszego" - bo my, filozofowie, potrzebujemy przede wszystkim spokoju od jednego: od wszelkiego " dzisiaj". Czcimy to, co ciche, zimne, dostojne, dalekie, przeszłe, wszystko w ogóle, na czego widok dusza nie musi się bronić i zasznurowywać - coś o czym można mówić nie mówiąc  g ł o ś n o. Posłuchajcie tylko dźwięku ducha, gdy mówi; każdy duch ma swój dźwięk, kocha swój dźwięk. Ten tam na przykład to z pewnością agitator, to znaczy pusta głowa, pusty garnek: cokolwiek weń wejdzie, wychodzi zeń dudniąco i grubo, obciążone echem wielkiej próżni. Tamten mówi prawie zawsze ochryple: czyżby sobie ochryple  p o m y ś l a ł ? To możliwe - zapytajcie fizjologów - lecz kto słowami myśli, myśli jako mówca, a nie jako myśliciel (zdradza to, że w gruncie myśli nie o rzeczach, nie rzeczowo, lecz tylko o stosunku do rzeczy, że myśli właściwie o  s o b i e  i o swoich słuchaczach). Ten trzeci tu mówi natarczywie, nazbyt przybliża się do nas, wieje nam w twarz swym oddechem - mimo woli zamykamy usta, chociaż przez książkę mówi do nas: dźwięk jego stylu wyjawia powód tego - że nie ma on czasu, że mało wierzy w samego siebie, że dziś, lub nigdy już nie dojdzie do słowa. Lecz umysł, który jest pewien samego siebie, mówi cicho; szuka ukrycia, pozwala czekać na siebie. Filozofa poznaje się po tym, że schodzi z drogi trzem błyszczącym i głośnym rzeczom: sławie, książętom i kobietom; przez co jeszcze nie powiedziano, że one do niego nie przychodzą. Unika zbyt jasnego światła. Dlatego unika swego czasu i jego "dnia". W tym jest podobny do cienia: im bardziej mu słońce zachodzi, tym większy się staje. Co się tyczy jego "pokory" to znosi pewną zawisłość i zaćmienie, jak znosi ciemność. Co więcej, boi się zaburzeń od gromów, przeraża go bezchronność nazbyt wyosobnionego i na pastwę wydanego drzewa, na którym każda burza daje upust swym gniewom, każdy gniew swej burzy. (...) Ten rodzaj ludzi nie lubi być niepokojony przez nieprzyjaźń, ani też przez przyjaźń; zapomina lub pogardza łatwo. Niesmaczne wydaje mu się grać rolę męczennika; "dla prawdy  c i e r p i e ć" - to pozostawia ambitnym i teatralnym bohaterom duchowym i w ogóle komukolwiek, kto ma czas po temu (- oni sami, filozofowie, mają coś dla prawdy  u c z y n i ć). Oszczędnie używają wielkich słów; pono nawet słowo "prawda" nie przypada im do smaku: ma brzmieć pyszałkowato... (...).

9.

Pewien ascetyzm, widzieliśmy to, pewne twarde i pogodne najdobrowolniejsze wyrzeczenie się należy do warunków sprzyjających najwyższej duchowości, tak samo też do jej najnaturalniejszych skutków: z góry więc nie będzie to żadną dziwotą, jeśli właśnie filozofowie nie odnosili się nigdy do ideału ascetycznego bez pewnego dobrego uprzedzenia. Przy poważnym historycznym obrachunku okazuje się nawet, że węzeł między ideałem ascetycznym a filozofią był jeszcze o wiele ciaśniejszy i surowszy. Rzec by można, że dopiero na pasku tego ideału filozofia w ogóle nauczyła się stawiać pierwsze kroki i kroczki na ziemi - ach, tak jeszcze niezgrabnie, ach, jeszcze z tak strapioną miną, ach, tak gotowa do upadku i leżenia na brzuchu, ta mała, bojaźliwa niedojda i chuchro z krzywymi nogami! Wiodło się filozofii z początku jak wszystkim dobrym rzeczom - nie miały długo odwagi być samymi sobą, oglądały się zawsze, czy nikt im z pomocą przyjść nie zechce, co więcej, bały się każdego, kto im się przyglądał. Policzcie poszczególne popędy i cnoty filozofa po kolei - jego popęd powątpiewający, jego popęd zaprzeczający, jego popęd wyczekujący ("ephektyczny"), jego popęd analityczny, jego popęd badawczy, szukający, ważący, jego popęd porównawczy i wyrównawczy, jego wolę bezstronności i przedmiotowości, jego wolę wszelkiego sine ira et studio9 - czyście to już pojęli, że wszystko to razem przez najdłuższy okres czasu nie zgadzało się z elementarnymi żądaniami moralności i sumienia? (Nie mówiąc wcale o  r o z u m i e  w ogóle, który Luter jeszcze lubił nazywać  p a n i ą   M ą d r o c h ą,  m ą d r ą   n i e r z ą d n i c ą). Że filozof,  j e ś l i b y   b y ł  się sobie uświadomił, byłby się wprost musiał czuć ucieleśnionym nitimur in  v e t i t u m10 - i byłby następnie  w y s t r z e g a ł   s i ę  "czuć siebie", uświadamiać się sobie?... Nie inaczej, jak się rzekło, ma się rzecz z wszystkimi dobrymi rzeczami, z których dziś dumni jesteśmy. Mierząc nawet jeszcze miarą starych Greków, wydaje się całe nasze istnienie nowoczesne, o ile nie jest słabością, lecz mocą i świadomością mocy, czystą Hybris11 i bezbożnością: bo właśnie odwrotność rzeczy, które dziś czcimy, miała przez najdłuższy okres czasu sumienie po swej stronie i Boga swoim strażnikiem. Hybris jest dziś nasz cały stosunek do natury, nasze pogwałcenie natury z pomocą machin i tak beztroskiej wynalazczości techników i inżynierów. Hybris jest nasz stosunek do Boga, to znaczy do jakiegoś przypuszczalnego pająka celu i obyczajności poza wielką pajęczą siecią przyczynowości - możemy, jak Karol Śmiały w walce z Ludwikiem XI, rzec: je combats l’universelle araignée12. - Hybris jest nasz stosunek do  s i e b i e, bo eksperymentujemy tak na sobie samych, jakbyśmy sobie względem żadnych nie pozwolili zwierząt, rozpruwamy sobie w zadowoleniu i ciekawości duszę w żyjącym ciele: cóż nam zależy jeszcze na "zbawieniu" duszy! Potem uzdrawiamy siebie samych: choroba jest pouczająca, nie wątpimy o tym, bardziej jeszcze pouczająca, niż zdrowie -  c h o r o b o t w ó r c y  zdają się nam dziś nawet potrzebniejsi, niż jacykolwiek lekarze i "zbawiciele". Gwałcimy teraz siebie samych, to nie ulega wątpliwości, my duchowi wyłuskiwacze orzechów, my pytający i pytania godni, jak gdyby życie nie było niczym innym, jeno wyłuskiwaniem orzechów; właśnie dlatego musimy koniecznie stawać się co dzień bardziej pytania godni,  g o d n i e j s i, by pytać, z tego powodu może godniejsi - życia?... Wszystkie dobre rzeczy były niegdyś złymi rzeczami; każdy grzech pierworodny stał się cnotą pierworodną. (...) Każdy najmniejszy krok na ziemi zdobywano niegdyś katuszami ducha i ciała: ten właśnie punkt widzenia: "że nie tylko postęp naprzód, nie, pochód, ruch, zmiana, potrzebowały niezliczonych męczenników", brzmi nam dziś właśnie tak obco. Oświetliłem go w Jutrzence: "Niczego nie okupiono drożej - napisano tamże - nad tę odrobinę rozumu ludzkiego i uczucia wolności, które są dziś dumą naszą. Ta duma jednak jest powodem, dla którego nam dziś niemożliwym jest prawie czuć wespół z owymi ogromnymi okresami "obyczajności i obyczaju", poprzedzającymi "dzieje świata" jako prawdziwe i rozstrzygające główne dzieje, które ustaliły charakter człowieka, gdzie cierpienie uchodziło za cnotę, okrucieństwo za cnotę, udawanie za cnotę, zemsta za cnotę, zaparcie się rozumu za cnotę, natomiast zadowolenie za niebezpieczeństwo, żądza wiedzy za niebezpieczeństwo, pokój za niebezpieczeństwo, litość za niebezpieczeństwo, wzbudzanie litości za hańbę, praca za hańbę, szaleństwo za boskość,  z m i a n a  za nieobyczajność i groźbę zagłady!".

10.

W tej samej książce wyłuszczono, wśród jakiej oceny, pod jakim  n a c i s k i e m  oceny, musiało żyć najstarsze pokolenie ludzi kontemplacyjnych - pogardzane w tej samej mierze, w jakiej się go nie bano! Kontemplacja przyszła na samym początku na świat w postaci o zakrytej twarzy, o wyglądzie dwuznacznym, ze złym sercem i często z zaniepokojoną głową: co do tego nie ma wątpliwości. Pierwiastek nieczynny, zadumany, niewojowniczy w instynktach ludzi kontemplacyjnych roztaczał długo wokół nich głęboką nieufność: przeciw temu nie było innego środka, jak tylko wzbudzić stanowczo  s t r a c h  przed sobą. I na tym znali się na przykład starzy braminowie! Najstarsi filozofowie umieli swemu istnieniu i zjawieniu nadawać znaczenie, postawę i tło, z powodu których nauczono się ich  b a ć: jeśli się rozważy dokładniej, czynili to z gruntowniejszej jeszcze potrzeby, to jest, by nabrać strachu przed samymi sobą i czci dla siebie samych. Bo znaleźli w sobie wszystkie oceny i wartości zwrócone  p r z e c i w  sobie, musieli przeciw "filozofowi w sobie" zwalczać wszelkiego rodzaju podejrzenia i opory. Jako ludzie strasznych czasów czynili to strasznymi środkami: okrucieństwo względem siebie, wynalazcze samoudręczenie - oto był główny środek tych spragnionych mocy pustelników i nowatorów myśli, którzy musieli w samych sobie wpierw pogwałcić bogów i wszystko, co było zwyczajem uświęcone, by sami w nowości swe  w i e r z y ć  mogli. (...) Streśćmy cały stan rzeczy w krótkich formułach: duch filozoficzny musiał najpierw zawsze przebierać się i przepoczwarzać w  d a w n i e j   u s t a l o n e  typy ludzi kontemplacyjnych, jak oto: kapłana, czarodzieja, wróżbiarza, w ogóle osoby duchownej, by w jakiejkolwiek mierze móc  i s t n i e ć  przynajmniej;  i d e a ł   a c e t y c z n y  służy przez długi czas filozofowi jako forma zjawiska, jako warunek istnienia - musiał on go  p r z e d s t a w i a ć, by móc być filozofem, musiał weń  w i e r z y ć, by móc go przedstawiać. Osobliwe, w stosunku do świata zaprzeczne, życiu wrogie, zmysłom niewierne, odzmysłowione trzymanie się filozofów na uboczu, które utrzymało się aż do czasów najnowszych i przez to zyskało znaczenie prawie  p o s t u r y   f i l o z o f i c z n e j   w   s o b i e, jest przede wszystkim skutkiem nędzy warunków, wśród których filozofia w ogóle powstała i istniała: to jest, że inaczej najdłuższy okres filozofii na ziemi  n i e   b y ł b y   w c a l e   m o ż l i w y  bez ascetycznej powłoki i przebrania, bez ascetycznego samonieporozumienia. Wyraziwszy się poglądowo i plastycznie:  k a p ł a n - a s c e t a  aż do najnowszych czasów był jeno wstrętną i posępną formą gąsienicy, pod którą filozofia jedynie żyć i skradać się mogła... Czy się to rzeczywiście  z m i e n i ł o ? Czyż ten pstry i niebezpieczny zwierz skrzydlaty, ów "duch", umysł, którego gąsienica owa kryła, został naprawdę dzięki słoneczniejszemu, cieplejszemu, bardziej rozjaśnionemu światu rozpowity i wypuszczony na światło? Czyż jest już dziś dość dumy i odwagi, dzielności i pewności siebie, woli duchowej, woli odpowiedzialności,  w o l n o ś c i   w o l i, by odtąd rzeczywiście na ziemi "filozof" -  m ó g ł   i s t n i e ć ?...

11.

Teraz dopiero, gdyśmy już obejrzeli  k a p ł a n a - a s c e t ę, przybliżmy się poważnie do naszego problematu: co znaczy ideał ascetyczny? Teraz dopiero staje się on "poważnym". Mamy teraz przed sobą właściwego  p r z e d s t a w i c i e l a   p o w a g i  w ogóle. "Co znaczy wszelka powaga?" - to jeszcze bardziej zasadnicze pytanie wysuwa się tu może już na usta, pytanie dla fizjologów, jak słuszna, obok którego jednak tymczasem przekradniemy się jeszcze cichaczem. Kapłan - asceta składa w owym ideale nie tylko swoją wiarę, lecz i swą wolę, swą moc, swój interes. Jego  p r a w o  do istnienia trwa i znika z owym ideałem: cóż za dziw, że natykamy się tu na strasznego przeciwnika (przypuszczając, że jesteśmy przeciwnikami owego ideału), na przeciwnika, który o swoją egzystencję walczy przeciw oszczercom owego ideału? Z drugiej strony z góry można wątpić, by tego rodzaju interesowny stosunek do naszego problematu przeciwnikowi szczególnie wyszedł na dobre; kapłanowi-ascecie trudno będzie być choćby najszczęśliwszym obrońcą swego ideału z tej samej przyczyny, z której zwykło się nie udawać kobiecie, gdy chce bronić "kobiety samej w sobie" - nie mówiąc już o roli najefektywniejszego oceniciela i sędzi poruszonych tu kontrowersji. Raczej więc będziemy musieli mu pomóc - tyle jest już teraz widoczne - by dobrze się przeciw nam bronił, niż żebyśmy się bać mieli, że zbyt dobrze nas zbijać będzie... Myślą, o którą tu walka się toczy, jest  o c e n a   w a r t o ś c i  naszego życia ze strony kapłana - ascety. Wiążą oni życie (wraz z tym, do czego ono należy, "przyrodą", "światem", całą sferą stawania się i znikomości) z pewnym zupełnie innego rodzaju istnieniem, do którego stoi ono w stosunku sprzecznym i wyłączającym,  c h y b a, że zwraca się przeciw sobie samemu,  z a p r z e c z a   s i e b i e   s a m e g o: w tym wypadku, z punktu widzenia życia ascetycznego, uchodzi życie za most do owego innego istnienia. Asceta uważa życie za manowiec, którym trzeba ostatecznie wstecz powrócić aż do tego miejsca, gdzie się zaczyna; lub za błąd, który się czynem zbija, zbić  n a l e ż y: bo  w y m a g a  on, aby z nim iść, wymusza, gdzie może,  s w o j ą  ocenę istnienia. Cóż to oznacza? Takiej potwornej oceny wartości nie wpisano w dzieje człowieka jako wypadku wyjątkowego i curiosum: jest ona jednym z najbardziej rozpowszechnionych i najtrwalszych faktów, jakie istnieją. Czytane z jakiejś dalekiej gwiazdy, wielkimi literami kreślone, pismo naszego ziemskiego istnienia doprowadziłoby może do wniosku, że ziemia jest właściwą  g w i a z d ą   a s c e t y c z n ą, zakątem niezadowolonych, pysznych i wstrętnych stworzeń, które nie mogą się pozbyć kwaśnego niezadowolenia z siebie samych, z ziemi, z wszelkiego życia i zadają sobie, ile tylko mogą, cierpienia dla samej przyjemności zadawania go sobie, prawdopodobnie jedynej swej przyjemności. Rozważmy bowiem, jak prawidłowo, jak powszechnie, jak w każdym czasie prawie pojawia się kapłan-asceta; nie należy on wyłącznie do żadnej rasy; zakwita wszędzie; wyrasta z wszystkich stanów. Nie dlatego, żeby hodował lub rozmnażał swoje oceny wartości przez dziedziczenie; rzecz się ma odwrotnie: głęboki instynkt, biorąc ogółem, zabrania mu raczej rozmnażania się. Musi to być jakaś konieczność pierwszorzędna, która tej  w r o g i e j   ż y c i u  species pomaga ustawicznie do wzrostu i rozwoju - musi tkwić w tym  i n t e r e s   s a m e g o   ż y c i a, by taki typ sprzeczności w sobie nie wymarł. Bo życie ascetyczne jest sprzecznością w sobie. Włada tu bezprzykładnie ressentiment niesytego instynktu i woli mocy, pragnąc stać się panem - nie czegoś w życiu - lecz samego życia, jego najgłębszych, najsilniejszych najbardziej zasadniczych warunków. Jest tu usiłowanie użycia siły celem zatkania źródlisk siły; tu zwraca się zielone i jadowite spojrzenie przeciw samemu fizjologicznemu rozkwitowi, w szczególności przeciw jego wyrazowi, pięknu, radości; tymczasem uczuwa się upodobanie i  s z u k a   s i ę  go w tym, co nieudane, zmarniałe, w bólu, w nieszczęściu, w brzydocie, w samowolnym uszczerbku, w wyzuciu się z samego siebie, samobiczowaniu, samoofierze. To wszystko jest w najwyższym stopniu paradoksalne: stoimy tu wobec rozdwojenia, które  c h c e  być rozdwojonym, które  r o z k o s z u j e  się w tym cierpieniu samym sobą i staje się nawet coraz pewniejsze siebie i coraz bardziej triumfujące w miarę, jak jego własnego założenia, fizjologicznej zdolności życiowej,  u b y w a. "Triumf w ostatecznej właśnie agonii": pod tym najwyższym znakiem walczył z dawien dawna ideał ascetyczny; w tej zagadce uwiedzienia, w tym obrazie zachwytu i udręki widział on swoje najjaśniejsze światło, swoje zbawienie, swoje ostateczne zwycięstwo. Crux, nux, lux13 – stanowi dlań jedno.

12.

Przypuściwszy, że taka ucieleśniona wola przeczenia i wynaturzania doprowadzoną zostanie do  f i l o z o f o w a n i a: to na czym wywrze ona najwnętrzniejszą swą samowolę? Na tym, co z największą odczuwa się pewnością jako prawdziwe, jako rzeczywiste: szukać będzie b ł ę d u tam właśnie, gdzie właściwy instynkt życiowy najbezwarunkowiej wskazuje prawdę. Na przykład, jak to czynili filozofowie Vedânty, zniży ona cielesność do złudzenia, boleść tak samo, wielość, całe przeciwieństwo pojęć "podmiot" i "przedmiot" - błędy, same tylko błędy! Odmówić swojemu "ja" wiary, sobie samemu własnej zaprzeczyć "realności" - co za triumf! - już nie tylko nad zmysłami, nad oczywistością, daleko wyższy rodzaj triumfu, pogwałcenie i okrucieństwo względem  r o z u m u. Rozkosz ta dochodzi do szczytu przez to, że ascetyczna samopogarda, samoszyderstwo rozumu wyrokuje:  j e s t  królestwo prawdy i istnienia, lecz właśnie rozum jest zeń  w y k l u c z o n y !... (Mówiąc nawiasem: nawet jeszcze w kantowskim pojęciu: "myślny charakter rzeczy", pozostało coś z tego pochutliwego ascetycznego rozdwojenia, które lubi zwracać rozum przeciw rozumowi; "myślny charakter" bowiem oznacza u Kanta pewną rzeczy właściwość, z której intelekt właśnie tyle pojmuje, że jest ona dla intelektu -  z g o ł a   n i e   d o   p o j ę c i a.) - Nie bądźmy zresztą, właśnie jako poznający, niewdzięczni takim właśnie rezolutnym odwróceniom zwykłych perspektyw i ocen, którymi duch nazbyt długo pozornie zbrodniczo i bezużytecznie szalał przeciw sobie samemu. W ten sposób raz widzieć inaczej,  c h c i e ć  widzieć inaczej jest niemiłą wprawą i przysposabianiem intelektu do jego przyszłej "przedmiotowości" pojętej nie w znaczeniu "kontemplacji bezinteresownej" (co by było bez znaczenia i sensu), lecz jako możność dzierżenia w swej mocy swego "za" i "przeciw" i dowolnego władania nimi tak, że można używać właśnie  r o z m a i t o ś c i  perspektyw i uczuciowych interpretacji na pożytek poznania. Strzeżmy się bowiem, moi panowie filozofowie, odtąd lepiej przed niebezpiecznym, starym pojęciowym bajczarstwem, które wymyśliło sobie "czysty, bezwolny, bezbolesny, bezczasowy podmiot poznający", strzeżmy się polipowych ramion takich sprzecznych w sobie pojęć, jak "czysty rozum", "bezwzględna duchowość", "poznanie samo w sobie": te rzeczy bowiem wymagają zawsze, by pomyśleć sobie oko, którego zgoła pomyśleć sobie nie można, oko, które nie ma mieć żadnego kierunku, którego siły czynne i interpretujące mają być podwiązane, ma ich być brak, przez które jednak patrzenie staje się dopiero widzeniem czegoś; wymaga się tu więc zawsze od oka niedorzeczności i rzeczy nie mających znaczenia. Istnieje  t y l k o  perspektywiczne widzenie,  t y l k o  perspektywiczne poznanie. A  i m   w i ę c e j  uczuć dopuszczamy do słowa o jakiejś rzeczy,  i m   w i ę c e j  oczu, rozmaitych oczu dla tej samej rzeczy wstawić sobie umiemy, tym zupełniejsze staje się nasze "pojęcie" o tej rzeczy, nasza "przedmiotowość". Wykluczyć jednak w ogóle wolę, wykluczać uczucia wszystkie razem i poszczególnie (przypuściwszy, że to by było w naszej mocy), jakże? Nie nazywałożby się to  k a s t r o w a n i e m  intelektu?...

13.

Ale zawróćmy. Taka sprzeczność w sobie, jaka się w ascecie ujawniać zdaje, "życie  p r z e c i w  życiu", jest - leży to już jak na dłoni - biorąc fizjologicznie, nie zaś psychologicznie, po prostu nonsensem. Może ona być tylko  p o z o r n a; musi być pewnego rodzaju tymczasowym wyrazem, wyłożeniem, formułą, przyrządzeniem, psychologicznym nieporozumieniem czegoś, czego właściwa natura nie mogła jeszcze zostać zrozumianą, nie mogła jeszcze zostać określoną  s a m a   w   s o b i e - jedynie słowem, wciśniętym w starą  l u k ę  ludzkiego poznania. Żeby zaś krótko przeciwstawić temu istotny stan rzeczy:  i d e a ł   a s c e t y c z n y  wypływa z  o c h r o n n e g o   i   l e c z n i c z e g o   i n s t y n k t u   w y r a d z a j ą c e g o   s i ę   ż y c i a, które wszelkimi środkami stara się podtrzymać siebie i o istnienie swe walczy; wskazuje on na częściowy fizjologiczny zastój i znużenie, przeciw którym najgłębsze, nienaruszone instynkty życia walczą nieustannie nowymi środkami i wynalazkami. Ideał ascetyczny jest takim środkiem: rzecz ma się więc odwrotnie, niż czciciele tego ideału sądzą - życie zmaga się w nim i walczy przezeń ze śmiercią i  p r z e c i w  śmierci, ideał ascetyczny jest fortelem do  u t r z y m a n i a  życia. Że mógł on w tej mierze, jak tego historia uczy, rządzić i owładnąć człowiekiem, w szczególności tam wszędzie, gdzie cywilizacja i obłaskawienie człowieka przeparte zostały, to dowodzi wielkiego faktu:  c h o r o b l i w o ś c i  dotychczasowego typu człowieka, przynajmniej obłaskawionego człowieka, fizjologicznego zmagania się człowieka ze śmiercią (dokładniej z uprzykrzeniem sobie życia, ze znużeniem, z życzeniem sobie "końca"). Kapłan-asceta jest ucieleśnionym życzeniem, by być czymś innym, by być gdzie indziej, i to najwyższym stopniem tego życzenia, jego właściwą żarliwością i namiętnością: lecz właśnie m o c jego życzenia jest pętem, które go tu przykuwa; właśnie przez nią staje się on narzędziem, które musi pracować, by stworzyć pomyślniejsze warunki dla istnienia tutaj i pozostania człowiekiem, właśnie tą mocą przytrzymuje on silnie przy istnieniu całą trzodę nieudanych, niezadowolonych, zawiedzionych rozbitków, wszelkiego rodzaju cierpiących z powodu siebie samych, przodując im instynktownie jako pasterz. Sądzę, że mnie już rozumiecie: ten kapłan-asceta, ten pozorny wróg życia, ten  p r z e c z y c i e l  - on właśnie należy do bardzo wielkich  z a c h o w u j ą c y c h   i   p o t w i e r d z e n i e   s t w a r z a j ą c y c h  potęg życiowych... Na czym polega owa chorobliwość? Bo człowiek jest bardziej chory, bardziej niepewny, bardziej zmienny, mniej utrwalony, niż jakiekolwiek inne zwierzę, to nie ulega wątpliwości, jest on  z w i e r z ę c i e m   c h o r y m. Skąd to pochodzi? Zapewne ważył się też na więcej, więcej się rzucał na nowinki, zuchwalił się więcej, wyzywał przeznaczenie więcej, niż wszystkie inne zwierzęta razem wzięte, on, wielki eksperymentator na sobie samym, on, niezadowoleniec, nienasyceniec, który o ostateczne panowanie walczy ze zwierzęciem, przyrodą i bogami - on, zawsze jeszcze nieznużony, wiecznie przyszły, który przed naporem swych własnych sił nie znajduje nigdy spokoju tak, że mu jego przyszłość nieubłaganie, jak ostroga, wpija się co chwila w ciało teraźniejszości. Jakżeby też tak śmiałe i bogate zwierzę nie miało być najbardziej zagrożone, najdłużej i najgłębiej chore ze wszystkich chorych zwierząt?... Człowiek syt jest tego, dość często bywały całe epidemie takiego dosytu (- na przykład około roku 1348, czasu tańca śmierci): lecz nawet ten wstręt, to znużenie, to sprzykrzenie sobie samego siebie - wszystko występuje w nim tak potężnie, że natychmiast znowu staje się nowym pętem. Jego "nie", które mówi życiu, wyprowadza, jakby mocą czarów, pełnię tkliwszych  "t a k"  na światło; ba, jeśli się  z r a n i, ów mistrz niszczenia, samozniszczenia - to potem rana sama zmusza go  d o   ż y c i a...

14.

Im normalniejsza jest chorobliwość w człowieku - a nie możemy normalności tej zaprzeczyć - tym wyżej powinniśmy cenić rzadkie wypadki duchowo-cielesnej tężyzny,  p o m y ś l n e   o k a z y  człowieka, tym surowiej strzec szczęśliwie udanych od najgorszej atmosfery, atmosfery choroby. Czy to czynimy?... Chorzy są największym niebezpieczeństwem dla zdrowych; nie od najsilniejszych grozi silnym choroba, lecz od najsłabszych. Czy wiemy o tym?... Ogółem biorąc, wcale nie zmniejszenia się strachu przed człowiekiem powinniśmy sobie życzyć, bo strach ten zmusza silnego, by był silnym, w danym razie straszliwym, - on  t o   p o d t r z y m u j e  udany typ człowieka. To, czego należy się obawiać, co działa fatalnie jak żadna fatalność, to nie wielka obawa, tylko wielki  w s t r ę t  do człowieka; tak samo wielka  l i t o ś ć  dla człowieka. Gdyby jedno i drugie, przypuśćmy, połączyło się dnia pewnego, to by niechybnie przyszło natychmiast na świat coś najniesamowitszego, "ostatnia wola" człowieka, jego wola nicości, nihilizm. I rzeczywiście, wiele do tego przygotowano. Kto ma nie tylko nos do węszenia, lecz także oczy i uszy, poczuje prawie wszędzie, gdzie tylko dziś stąpi, coś jakby atmosferę domu wariatów lub szpitala - mówię oczywiście o krajach zamieszkiwanych przez człowieka cywilizowanego, o wszelkiego rodzaju "Europach", jakie tylko istnieją na ziemi.  C h o r o w i c i  są wielkim niebezpieczeństwem dla człowieka:  n i e  źli,  n i e  "zwierzęta drapieżne" - ci, którzy już z urodzenia są rozbitkami, obalonymi, złamanymi - oni to,  s ł a b i, podminowują najbardziej życie pod człowiekiem, zatruwają i zarażają wątpieniem naszą ufność do życia, do człowieka, do siebie samych. Dokąd ujść przed tym fatalnym spojrzeniem, które obarcza na drogę smutkiem głębokim, przed tym wstecz zwróconym spojrzeniem dziwoląga z urodzenia, przed tym spojrzeniem, które jest jękiem! - i które zdradza, jak taki człowiek mówi do samego siebie o sobie samym: "Czyżbym mógł być czym innym? - tak wzdycha ten wzrok; ale tu nie ma nadziei. - Jestem, kim jestem: jakżebym mógł wyzbyć się samego siebie? A jednak -  j e s t e m  syt  s i e b i e !"... Na takim gruncie samopogardy, prawdziwie na gruncie bagnistym, rośnie wszelki chwast, wszelkie zielsko jadowite, a wszystko tak małe, tak skryte, tak nieuczciwe, tak słodkawe. Tu roi się od robactwa uczuć zemsty i urazy; tu śmierdzi powietrze od tajności i rzeczy niewyznanych; tu tka się nieustannie sieć najzłośliwszego spisku - spisku cierpiących przeciw pomyślnie udanym i zwycięskim; tu  n i e n a w i d z i  się widoku zwycięzców. A co za obłuda, by nie przyznać się, że nienawiść ta jest nienawiścią! Co za zbytek słów wielkich i postaw przybranych, co za sztuka "rzetelnego" oszczerstwa! Ci nieudani: co za szlachetna wymowa z ust ich płynie! Co za cukrzane, szlamiaste, pokorne poddanie się pływa w ich oczach! Czegóż chcą oni właściwie? Przynajmniej  p r z e d s t a w i a ć  sprawiedliwość, miłość, mądrość, wyższość - oto ambicja tych "najniższych", tych chorych! A jak zręcznie poczyna sobie taka ambicja! Podziwu godna ta zręczność fałszerzy monet, z jaką naśladują tu odbitkę cnoty, nawet brzęk złoty, dźwięk cnoty. Ci słabi i beznadziejnie chorowici wzięli teraz zupełnie cnotę w dzierżawę, to nie ulega wątpliwości: "My jedynie jesteśmy dobrzy, sprawiedliwi, tak mówią, my jedynie jesteśmy  h o m i n e s   b o n a e   v o l u n t a t i s14". Snują się pośród nas, jak ucieleśnione wyrzuty, jak przestrogi dla nas - jak gdyby zdrowie, to, co się udało, siła, duma, poczucie mocy były już w ogóle czymś występnym, za co kiedyś musi się odpokutować, ciężko odpokutować: ach, jakże oni w gruncie sami gotowi są  z a d a w a ć  pokutę, jakże pragną gorąco być  o p r a w c a m i. Jest pośród nich pełno za sędziów przebranych mściwców, którzy ustawicznie słowo "sprawiedliwość", jak ślinę w ustach noszą, w ustach zawsze w ciup, zawsze gotowych opluć wszystko, co nie patrzy niezadowoleniem i dobrej myśli kroczy swoją drogą. Nie brak też między nimi owego najwstrętniejszego rodzaju próżnych, kłamliwych niedorodków, którzy starają się udawać "piękne dusze" i swą na psy zeszłą zmysłowość, spowitą w wiersze i inne pieluchy, na targ wynoszą jako "czystość serca": tej species moralnych onanistów i "zadowalających się sobą". Wola chorych wyobrażania  j a k i e j k o l w i e k  formy wyższości, ich instynkt dróżek chyłkowych, które wiodą do tyranii nad zdrowymi - jakżeby się znaleźć nie miała ta wola mocy właśnie w najsłabszych! W szczególności chorej kobiety nikt nie prześcignie w raffinements panowania, uciskania, tyranizowania. Chora kobieta nie oszczędza przy tym nic żyjącego, nic umarłego, odgrzebuje najgłębiej zagrzebane rzeczy (Bogoanie mówią: "Kobieta jest hieną"). Wglądnijmy w głąb którejkolwiek rodziny, którejkolwiek korporacji, któregokolwiek społeczeństwa: wszędzie walka chorych przeciw zdrowym - cicha walka zazwyczaj z pomocą niepozornych proszków trujących, ukłuć szpilkowych, chytrej gry min cierpliwego znoszenia, niekiedy jednak i z owym faryzeizmem chorych,  g ł o ś n y m  gestem, który najchętniej odgrywa "szlachetne oburzenie" (...). Wszystko to są ludzie opanowani przez ressentiment, te fizjologiczne rozbitki i robaczywce, całe to drgające państwo podziemnej zemsty, niewyczerpane, nienasycone w wybuchach przeciw szczęśliwym, a tak samo w maskaradach zemsty, w pozorach do zemsty: kiedyż by doszli właściwie do swego ostatecznego, najprzebieglejszego, najwznioślejszego triumfu zemsty? Wtedy niewątpliwie, gdyby im się udało swą własną nędzę, całą nędzę w ogóle,  w t ł o c z y ć   w   s u m i e n i e  szczęśliwych tak, że ci pewnego dnia poczęliby się wstydzić swego szczęścia i może by  r z e k l i  do siebie: "Hańbą jest być szczęśliwym!  Z a   w i e l e   j e s t   n ę d z y !"... Lecz nie mogłoby być większego i fatalniejszego nieporozumienia, niż gdyby szczęśliwi, udani, mocni na ciele i duszy poczęli wątpić o swym  p r a w i e   d o   s z c z ę ś c i a. Precz z tym "przewróconym światem"! Precz z tym haniebnym zmiękczeniem uczucia! Żeby chorzy zdrowych nie uczynili chorymi - a tym by było takie zmiękczenie - oto powinien być najwyższy punkt widzenia na ziemi. (...) A przeto czystego powietrza! Czystego powietrza! A w każdym razie precz z pobliża wszelkich domów wariatów i szpitalów kultury! A przeto dobrego towarzystwa!  S w e g o  towarzystwa! Lub samotności, jeśli tak być musi! Lecz w każdym razie precz od złych wyziewów wewnętrznej zgnilizny i tajemnego, robaczywego ścierwa chorych!... A to dlatego, by siebie samych, przyjaciele moi, przynajmniej na chwilę jeszcze obronić przed dwiema najgorszymi zarazami, które oby nam właśnie oszczędzane były: przed  w i e l k i m   w s t r ę t e m   d o   c z ł o w i e k a !  P r z e d   w i e l k ą   l i t o ś c i ą   d l a   c z ł o w i e k a !...

15.

Jeśli pojęliście w całej głębi - a żądam, by tu właśnie  s i ę g a n o   g ł ę b o k o, pojmowano do głębi - o ile w każdym razie nie może być zadaniem zdrowych pielęgnowanie chorych, uzdrawianie chorych, to pojęliście tym samym i jedną konieczność więcej - konieczność dla chorych takich lekarzy i dozorców, którzy  s a m i   s ą   c h o r z y: i oto mamy i trzymamy obu rękami znaczenie kapłana-ascety. Musimy uważać kapłana-ascetę za przeznaczonego z góry na zbawiciela, pasterza i rzecznika chorego stada: wtedy dopiero zrozumiemy jego ogromne posłannictwo dziejowe.  P a n o w a n i e   n a d   c i e r p i ą c y m i  jest jego królestwem, ku niemu popycha go instynkt jego, w nim tkwi jego najistotniejsza sztuka, jego mistrzostwo, jego rodzaj szczęścia. Sam on chory być musi, musi być z gruntu pokrewny chorym i zawiedzionym, aby ich rozumieć - by porozumieć się z nimi, lecz musi też być silny, bardziej jeszcze panem samego siebie, niż innych, nienaruszonym mianowicie w swej woli mocy, by zdobyć zaufanie i strach chorych, by mógł im być przystankiem, oporem, podparciem, musem, karnością, tyranem, bogiem. Musi bronić swego stada - przeciw komu? Przeciwko zdrowym, to nie ulega wątpliwości, także przeciwko zazdrości względem zdrowych; musi być naturalnym przeciwnikiem i  g a r d z i c i e l e m  wszelkiego surowego, burzliwego, nieujarzmionego, twardego, gwałtowniczo-drapieżnego zdrowia i tężyzny. Kapłan jest pierwszą formą  d e l i k a t n i e j s z e g o  zwierzęcia, które łatwiej jeszcze pogardza, niż nienawidzi. (...) Przynosi z sobą maście i balsamy, nie ma wątpliwości! Lecz by być lekarzem, musi wprzód zranić, uśmierzając następnie ból, który sprawia rana,  z a t r u w a   j e d n o c z e ś n i e   r a n ę - na tym bowiem zna się przede wszystkim ten czarownik i poskramiacz dzikich zwierząt, w którego okręgu wszystko, co zdrowe, z konieczności chorym się staje, wszystko, co chore - obłaskawionym. Broni on, ten dziwny pasterz, dość dobrze swego chorego stada - broni go także przeciw niemu, przeciw tlącej w samym stadzie nikczemności, krnąbrności, złośliwości i wszystkiemu, co wspólne jest wszystkim cherlakom i chorym, walczy roztropnie, twardo i tajemnie z anarchią i coraz zaczynającym się samorozkładem w stadzie wśród którego ustawicznie gromadzi się i gromadzi ów najniebezpieczniejszy, rozsadzający i wybuchowy materiał, ressentiment. Wyładować ten rozsadzający materiał tak, by nie rozsadził ani stada, ani pasterza, oto jego właściwa sztuka i jego najwyższa pożyteczność; gdyby się chciało wartość kapłańskiej egzystencji ująć w najkrótszą formułę, to by trzeba po prostu rzec: kapłan  z m i e n i a   k i e r u n e k  uczucia ressentiment. Każdy cierpiący bowiem szuka instynktownie swego cierpienia przyczyny; dokładniej jeszcze, sprawcy, jeszcze określeniej, wrażliwego na cierpienie,  w i n n e g o  sprawcy - krótko, czegoś żyjącego, na czym uczucia swoje czynnie lub in effigie pod jakimkolwiek pozorem wyładować może. (...) "Ktoś musi być winien temu, że źle się czuję", ten sposób wnioskowania jest właściwy wszystkim chorowitym. (...) Wszyscy cierpiący posiadają przerażającą łatwość wynajdywania pretekstów do bolesnych uczuć; rozkoszują się już samym podejrzeniem, gmeraniem w złościach i krzywdach pozornych, szperają we wnętrznościach swej przeszłości i teraźniejszości, poszukując ciemnych, zagadkowych historii, które pozwalają im opływać w dręczące domysły i upajać się trucizną własnej złośliwości - rozdzierają najstarsze rany, rozkrwawiają od dawna zagojone blizny, czynią złoczyńców z przyjaciela, żony i dziecka i z wszystkiego, co dla nich najbliższe. "Cierpię, więc ktoś musi być winien temu" - tak myśli każda chorowita owca. Lecz pasterz, kapłan-asceta, mówi jej: "Słusznie, moja owco! Ktoś musi być temu winien: lecz ty sama jesteś tym kimś, ty sama tylko jesteś winna temu -  t y   s a m a   t y l k o   z a w i n i ł a ś   w z g l ę d e m   s i e b i e !"... To dość śmiało, dość fałszywie. Lecz jedno przynajmniej osiągnięto przez to, jak rzekłem,  z m i e n i o n o  przez to kierunek ressentiment.

17.

Czy jednak ten kapłan-aceta jest właściwie  l e k a r z e m ? - pojęliśmy już, że zaledwie wolno go lekarzem nazywać, chociaż on sam chętnie uważa się za "zbawiciela", każe czcić w sobie "zbawiciela". Zwalcza on tylko samo cierpienie, tylko przykre uczucie cierpiącego,  n i e  zaś jego przyczynę,  n i e  właściwą chorobę - to stanowi nasz najbardziej zasadniczy zarzut przeciw lecznictwu kapłańskiemu. Jeśli jednak popatrzymy z perspektywy, którą zna i posiada sam tylko kapłan, to nie będziemy się mogli posiąść z podziwu, czego on przy tej pomocy nie widział, czego nie szukał i czego nie znalazł. W  ł a g o d z e n i u  cierpienia, w "pociechach" wszelkiego rodzaju - oto w czym okazuje się jego genialność; jak wynalazczo zrozumiał swoje zadanie pocieszyciela, jak bez skrupułu i śmiało wybrał środki stosowne! Szczególnie można by chrześcijaństwo nazwać wielką skarbnicą najprzemyślniejszych środków pocieszycielskich; tyle rzeźwiącego, kojącego, narkotyzującego w nim nagromadzono, odważono się w tym celu na tyle najniebezpieczniejszych i najzuchwalszych rzeczy: tak przebiegle, z takim wyrafinowaniem, południowym wyrafinowaniem, odgadniono zwłaszcza uczucia podniecające, pozwalające chwilowo przynajmniej przezwyciężyć to głębokie przygnębienie, to ołowiane znużenie, ten czarny smutek fizjologicznie zahamowanego człowieka. Albowiem, ogólnie mówiąc, we wszystkich wielkich religiach chodziło głównie o zwalczenie pewnego epidemicznego znużenia i ociężałości. (...)  P o   p i e r w s z e  zwalcza się owo zniechęcenie środkami, które w ogóle zniżają uczucie życia do najniższego punktu. Gdzie tylko to możliwe, nie dopuszczać w ogóle żadnego chcenia, żadnego już życzenia; unikać wszystkiego, co wytwarza uczucie, co wytwarza "krew"; nie kochać; nie nienawidzieć; być obojętnym; nie mścić się; nie zbogacać się; nie pracować; żebrać; o ile można, nie znać wcale kobiet, lub, jak tylko można, najmniej kobiet; pod względem duchowym zasada Pascala il faut s’abetir15. Rezultat, psychologiczno-moralnie mówiąc, "wyzbycie się siebie", "uświęcenie" - fizjologicznie się wyrażając, "zahipnotyzowanie" - usiłowanie zdobycia dla człowieka w przybliżeniu czegoś takiego, czym dla niektórych rodzajów zwierząt  s e n   z i m o w y,  s e n   l e t n i  dla wielu roślin gorącego klimatu, minimum zużycia i przemiany materii, przy którym życie właśnie jeszcze tli, nie udzielając się właściwie świadomości. Do tego celu zużyto zdumiewającą ilość energii ludzkiej - czyżby daremnie?... (...) Nie wolno też takiego zamiaru wygłodzenia cielesności i żądzy już samego w sobie zaliczać między symptomaty obłędu (jak to czynić lubi pewien niezgrabny rodzaj pożerających roastbeefy16 "wolnych duchów" i szlachciców Krzysztofów). Tym pewniejsze jest, że prowadzi on, prowadzić może do wszelakich duchowych zaburzeń (...).

18.

Daleko częściej, niż takiego ogólnego stłumienia wrażliwości, zdolności cierpienia, które każe już przypuszczać rzadziej spotykane siły, przede wszystkim odwagę, pogardę opinii, "stoicyzm intelektualny", próbuje się przeciw stanom zgnębienia innego trainingu, który jest w każdym razie łatwiejszy:  m a c h i n a l n e j   c z y n n o ś c i. Że ułatwia ona w znacznym stopniu cierpiące istnienie, to nie ulega żadnej wątpliwości: nazywa się dzisiaj ten fakt, trochę nieuczciwie, błogosławieństwem pracy". Ulga polega na tym, że uwaga cierpiącego zostaje gruntownie odwrócona od cierpienia, że ustawiczna działalność i ciągle tylko działalność udziela się świadomości, skutkiem czego mało pozostaje czasu na cierpienie.  C i a s n a  bowiem jest ta komora ludzkiej świadomości! Jakże gruntownie, jak przebiegle umiał kapłan-asceta w walce z cierpieniem zużytkować tę działalność machinalną i to, co się z nią wiąże, to jest bezwzględną prawidłowość, punktualne, bezmyślne posłuszeństwo, jednostajny raz na zawsze tryb życia, zapełnienie czasu, pewne przyzwolenie, a nawet pewne wprawianie się do "nieosobowości", do zapomnienia samego siebie, do incuria sui17. Właśnie gdy miał do czynienia z cierpiącymi niższych stanów, z niewolnikami roboczymi lub więźniami (lub z kobietami, które przecież po większej części są jednym i drugim zarówno, niewolnikiem roboczym i więźniem), nie potrzebował niczego więcej, tylko małej sztuki przemienienia nazw i przechrzczenia, aby w znienawidzonych rzeczach widzieli odtąd dobrodziejstwo, względne szczęście. W każdym razie  n i e  kapłani wynaleźli niezadowolenie niewolników ze swego losu. - Jeszcze bardziej cenionym środkiem w walce ze zgnębieniem jest zalecenie  d r o b n e j   r a d o ś c i, łatwo dostępnej i dającej się ująć w prawidło; posługują się tym lekarstwem często w połączeniu z powyżej omówionym. Najczęstszą formą, w której zaleca się radość, jako środek leczniczy, jest radość  s p r a w i a n i a  radości (jako dobroczynność, obdarowywanie, niesienie ulgi, pomaganie, zachęcanie, pocieszanie, chwalenie, odznaczanie); zalecając "miłość bliźniego", zaleca kapłan-asceta w gruncie, aczkolwiek w najprzezorniejszej dawce, wzbudzenie najsilniejszego, potwierdzającego życie popędu,  w o l i   m o c y. Szczęście "najmniejszego poczucia wyższości", które wszelka dobroczynność, pożyteczność, pomaganie, odznaczanie przynoszą ze sobą, jest najobfitszym środkiem leczniczym, jakim posługiwać się zwykli zahamowani fizjologicznie, pod warunkiem, że dobrze są opatrzeni: w przeciwnym razie sprawiają sobie wzajemnie ból, naturalnie z posłuszeństwa dla tego samego zasadniczego instynktu. Poszukując początków chrześcijaństwa w świecie rzymskim, znajdujemy stowarzyszenia wzajemnej wspomogi, stowarzyszenia biednych, stowarzyszenia chorych, stowarzyszenia pogrzebowe, wyrosłe na najniższym gruncie ówczesnego społeczeństwa, stowarzyszenia, w których świadomie pielęgnowano ów środek leczniczy przeciw zgnębieniu, drobną radość wzajemnej dobroczynności - może było to wówczas czymś nowym, właściwym odkryciem? W wywołanej w ten sposób "woli wzajemności", tworzenia stada, "gromady", caenaculum18, musi znów owa wzniecona przez to, choćby w najmniejszym stopniu, wola mocy dojść do nowego i o wiele pełniejszego wybuchu:  u t w o r z e n i e   s t a d a  jest w walce ze zgnębieniem istotnym krokiem naprzód i zwycięstwem. Ze wzrastaniem gromady potężnieje i dla jednostki nowy interes, który ją dość często wynosi ponad to, co w zniechęceniu jej jest najosobistszym, ponad odrazę ku sobie. Wszyscy chorzy, chorowici, dążą instynktownie, z pragnienia otrząśnięcia się z głuchej przykrości i uczucia słabości, do zorganizowania się w stado: kapłan-asceta odgaduje ten instynkt i popiera go; jeśli istnieje gdzie stado, to wywołał je instynkt słabości, a zorganizowała roztropność kapłańska. Bo nie należy zapominać, że silni dążą z taką samą naturalną koniecznością o d siebie, jak słabi ku sobie; jeśli pierwsi łączą się w związek, to dzieje się tak tylko w zamiarze agresywnego, wspólnego działania i wspólnego zadowolenia swej woli mocy, z wielkim oporem osobniczego sumienia; ostatni natomiast skupiają się właśnie z  r a d o ś c i ą  z powodu tego skupienia się - ich instynkt czuje się przy tym równie zadowolony, jak instynkt "urodzonych panów" ( to znaczy samotniczej, drapieżnej species człowieka), czuje się w głębi organizacją podrażniony i zaniepokojony. Na dnie każdej oligarchii kryje się - całe dzieje uczą tego - zawsze  t y r a ń s k i  popęd; każda oligarchia drży ustawicznie z powodu wytężenia, którego potrzebuje wśród niej każda jednostka, by nie przestać nad tym popędem panować (Tak było na przykład w  G r e c j i: Platon wykazuje to w stu miejscach, Platon, który znał swoich - i samego siebie...).

19.

Środki kapłana-ascety, któreśmy dotąd poznali - ogólne przytłumienie poczucia życia, machinalna czynność, drobna radość, przede wszystkim radość płynąca z miłości bilźniego, organizacja trzody, obudzenie gromadnego uczucia mocy, skutkiem czego niezadowolenie jednostki z siebie samej przygłusza się jej uciechą z powodu rozwoju gromady - oto, mierząc miarą nowoczesną, jego  n i e w i n n e  środki w walce z uczuciem przykrości: zwróćmy się teraz do bardziej zajmujących, do "winnych". W nich wszystkich chodzi o jedno: o jakąkolwiek  w y b u j a ł o ś ć   u c z u c i a  - używaną jako najskuteczniejszy środek ogłuszenia, przeciw tłumionej obezwładniającej długiej bolesności: skutkiem czego wynalazczość kapłańska okazała się niewyczerpaną, wymyślając to jedno pytanie: "p r z e z   c o  osiągnąć można wybujałość uczucia?"... Brzmi to twardo. Jasnym jest, że brzmiałoby milej i może lepiej wpadało w uszy, gdybym powiedział: "kapłan-asceta korzystał zawsze z z a p a ł u, który tkwi we wszystkich silnych uczuciach". Lecz po co pieścić zniewieściałe uszy naszych nowoczesnych przeczuleńców? Po co ustępować z  n a s z e j   s t r o n y  choćby na krok ich świętoszkostwu słów? Dla nas psychologów byłoby to już świętoszkostwem w  c z y n i e, pomijając, że wzbudzałoby w nas wstręt. Bo jeśli w czym, to w tym tkwi  d o b r y   s m a k  psychologa (- inni mogą rzec jego uczciwość), że przeciwdziała haniebnie  p r z e m o r a l n i o n e m u  sposobowi mówienia, którym zamulone jest właśnie całe nowoczesne sądzenie człowieka i rzeczy. Bo nie należy się łudzić co do tego, że najwłaściwszą cechą nowoczesnych dusz, nowoczesnych książek jest nie kłamstwo, lecz wcielona  n i e w i n n o ś ć  w kłamliwości moralnej. Mus odkrywania tej "niewinności" ciągle na nowo tworzy może najwstrętniejszą część naszej pracy, wśród całej tej niebezpiecznej w sobie roboty, której psycholog dziś podjąć się musi; jest to jedno z  n a s z y c h  wielkich niebezpieczeństw - jest to droga, która może  n a s  właśnie do wielkiego wiedzie wstrętu... Nie mam wątpliwości pod tym względem,  d o   c z e g o  jedynie służyć będą, służyć potomności mogą książki nowoczesne, w ogóle  w s z y s t k o, co nowoczesne (przypuszczając, że mają trwałość, czego oczywiście nie trzeba się obawiać, a również przypuszczając, że będzie kiedyś jakaś potomność o surowszym, twardszym,  z d r o w s z y m  smaku.) Służyć będą jako środki wymiotowe - a to dzięki swemu moralnemu przesłodzeniu i fałszowi, dzięki swemu najwnętrzniejszemu feminizmowi, który się chętnie "idealizmem" nazywa, i w każdym razie za idealizm się uważa. Nasi dzisiejsi wykształceni, nasi "dobrzy" nie kłamią - to prawda; lecz jeszcze to  n i e  wystarcza, by ich czcić! Właściwe kłamstwo, szczere, rezolutne, "uczciwe" kłamstwo (o którego wartości posłuchajcie tylko Platona), byłoby dla nich czymś o wiele za surowym, za silnym; czymś, co by wymagało od nich, czego od nich wymagać nie  w o l n o, otworzenia oczu na siebie samych, umiejętności rozróżniania w sobie samych "prawdy" od "fałszu". Im przystoi jedynie  k ł a m s t w o   n i e u c z c i w e; wszyscy, którzy dziś czują się "dobrymi ludźmi", są zupełnie niezdolni odnosić się do jakiejkolwiek rzeczy inaczej, niż  n i e u c z c i w i e,  o b ł u d n i e, bezdennie obłudnie, lecz niewinnie obłudnie, serdecznie obłudnie, modrooko obłudnie, cnotliwie obłudnie. Ci "dobrzy ludzie" są dziś wszyscy razem aż do gruntu i dna przemoralnieni i w stosunku do uczciwości zhańbieni i ześwinieni po całą wieczność: któż by z nich zniósł jeszcze  p r a w d ę  "ponad człowiekiem"!... (...).

20.

Lecz zrozumiecie mnie już zapewne: biorąc wszystko pod uwagę, dość powodów, nieprawdaż, że my psychologowie nie możemy dziś wyzbyć się pewnej nieufności  w z g l ę d e m   s i e b i e   s a m y c h ?... Prawdopodobnie i my jeszcze jesteśmy "za dobrzy" do naszego rzemiosła, prawdopodobnie jesteśmy i my jeszcze ofiarami, pastwą, chorymi tego przemoralnionego smaku czasu, chociaż byśmy się też czuli jego gardzicielami - prawdopodobnie zaraża on jeszcze i nas. (...)  I d e a ł   a s c e t y c z n y   w   s ł u ż b i e   z a m i e r z o n e j   w y b u j a ł o ś c i   u c z u c i a: kto przypomina sobie poprzednią rozprawę, przeczuje już w te kilka słów wtłoczoną zasadniczą treść tego, co mam w dalszym ciągu przedstawić. By duszę wyważyć raz z jej wszystkich spoideł, zanurzyć ją w przestrach, mrozy, żary i zachwyty w ten sposób, by jak piorunem wyzbyła się wszystkich małości i małostek uczucia przykrości, przygłuszenia, markotnego rozstrojenia: jakież drogi wiodą do  t e g o  celu? A które z nich najpewniej?... W gruncie rzeczy wszystkie wielkie uczucia, gniew, strach, rozkosz, zemsta, nadzieja, triumf, zwątpienie, okrucieństwo, mają moc po temu, pod warunkiem, jeśli wyładowują się nagle; i rzeczywiście kapłan-asceta wziął w służbę swą bez skrupułu  c a ł ą  sforę psów dzikich w człowieku i spuszczał to tego, to owego zawsze w tym samym celu, by zbudzić człowieka z powolnego smutku, jego ból głuchy, jego ociągliwą nędzę na pewien czas przynajmniej zmusić do ucieczki, zawsze też pod osłoną religijnej interpretacji i "usprawiedliwienia". Każdą tego rodzaju wybujałość uczucia trzeba potem  o p ł a c i ć, to rozumie się samo przez się - czyni ona chorych jeszcze bardziej chorymi - i dlatego nie jest ten rodzaj leczenia bólu, mierząc miarą nowoczesną, rodzajem "niewinnym". (...) Mistrzowska sztuczka, na którą pozwolił sobie kapłan-asceta, by w duszy ludzkiej rozdzwonić wszelkiego rodzaju rozdzierającą i zachwytną muzykę, dopięta została - każdy to wie - tym, iż posługiwał się on  p o c z u c i e m   w i n y. Pochodzenie tego poczucia winy zaznaczyła pokrótce poprzednia rozprawa - jako fragment psychologii zwierzęcej, nic więcej: poczucie winy ukazało nam się tam niejako w surowym swym stanie. Dopiero pod ręką kapłana, tego prawdziwego sztukmistrza w rzeczach tyczących się poczucia winy, nabrało ono kształtu - ach, jakiego kształtu! "Grzech" - bo tak brzmi kapłańska przeróbka zwierzęcego "nieczystego sumienia" (wstecz zwróconego okrucieństwa) - był dotąd największym zdarzeniem w dziejach chorej duszy: w nim mamy najniebezpieczniejsze i najfatalniejsze arcydzieło interpretacji religijnej. Człowiek, cierpiący na samego siebie, mniejsza jak, w każdym razie fizjologicznie, niejako jak zwierzę, które zamknięto w klatce, nie wiadomo dlaczego, po co, żądne poznania przyczyn - przyczyny sprawiają ulgę - żądne też środków i narkotyków, naradza się ostatecznie z kimś, komu nietajne nawet rzeczy ukryte. I oto patrzcie! Otrzymuje wskazówkę, otrzymuje od swego czarodzieja, od kapłana-ascety,  p i e r w s z ą  wskazówkę co do "przyczyny" swego cierpienia: aby jej szukał w  s o b i e, w  w i n i e, w jakimś urywku przeszłości, aby uważał samo cierpienie swoje jako  s t a n   k a r y... Nieszczęśliwiec ten usłyszał, zrozumiał: teraz będzie jak kura, wkoło której zakreślono koło. Nie wydostanie się już z tego zakreślonego okręgu. Z chorego zrobiono "grzesznika". I teraz na całe stulecia nie będzie się można pozbyć widoku tego nowego chorego, "grzesznika". Czy się go kied




<poprzedni<  początek >następny>




Główna/FAQ/Filozofia/Czytelnia/Nietzsche/O nas/Varia/Scena/Sztuka/Forum/Katalog/Okultyzm
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>