| Satan.pl > Czytelnia > Nietzsche > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
2| Rozprawa druga. "Wina", "nieczyste sumienie" i tym podobne
1.
Wyhodować zwierzę, które może p r z y r z e k a ć - czy nie to właśnie jest owym paradoksalnym zadaniem, które postawiła sobie natura w stosunku do człowieka?... Że problemat ten jest do pewnego wysokiego stopnia rozwiązany, to dziwić musi tym bardziej tego, kto przeciwdziałającej sile, z a p o m i n a w c z o ś c i, dostateczne przypisuje znaczenie. Zapominawczość nie jest jedynie jakąś vis inertiae, jak ludzie powierzchowni sądzą, jest ona raczej czynną, w najściślejszym znaczeniu pozytywną zdolnością hamującą, której przypisać należy, że wszystko to, co przeżywamy, doświadczamy, wchłaniamy, uświadamia nam się w stanie trawienia (można by go nazwać "wduchawianiem") nie więcej, niż ów cały tysiącraki proces, w jakim odbywa się nasze cielesne odżywianie, tak zwane "wcielanie". Chwilowo zamknąć drzwi i okna świadomości; nie być napastowanym przez wrzawę i walkę, wśród której podziemny świat naszych służebnych organów pracuje dla siebie i przeciw sobie wzajem; nieco ciszy, pewna tabula rasa świadomości, aby znów znalazło się miejsce dla czegoś nowego, przede wszystkim dla dostojniejszych funkcji i funkcjonariuszów, dla rządzenia, przewidywania, przeznaczenia z góry (bo nasz organizm urządzony jest oligarchicznie) - oto korzyść, jak się rzekło, czynnej zapominawczości, odźwiernej niejako, strażniczki duchowego ładu, spokoju, etykiety. I tu natychmiast rozważyć należy, jakby dalece nie było żadnego szczęścia, żadnego wesela, żadnej nadziei, żadnej dumy, żadnego t e r a z - bez zapominawczości. Człowiek, w którym ten hamujący aparat uległ uszkodzeniu i źle działa, podobny jest do dyspeptyka (a nie tylko podobny) - który nie może się z niczym "uporać"... Właśnie to z konieczności zapominawcze zwierzę, w którym zapomnienie stanowi siłę, formę t ę g i e g o zdrowia, przyswoiło sobie zdolność przeciwną, pamięć, z której pomocą zawiesza w pewnych wypadkach zapominawczość w jej czynności - w tych mianowicie wypadkach, kiedy się ma przyrzekać: nie jest to więc wcale tylko bierna niemożność pozbycia się raz wyrytego wrażenia, nie tylko niestrawność raz w zastaw danego słowa, z którym nie można się uporać, lecz czynne n i e c h c e n i e pozbycia się, przedłużanie chcenia raz chcianego, właściwa p a m i ę ć w o l i: tak, że między pierwotne "chcę", "uczynię", a właściwe wyładowanie woli, jej a k t, można śmiało wstawić świat nowych rzeczy, szczegółów, nawet aktów woli, bez obawy, że długi ten łańcuch woli pęknie. Lecz czegóż to wszystko wymaga! Jakżeż to człowiek, by w ten sposób rozporządzać swoją przyszłością, musiał wyuczyć się odróżniać zdarzenia konieczne od przypadkowych, wiązać myśli przyczynowo, na to, co odległe, patrzeć jak na obecne i umieć je przewidywać, oznaczać pewnie cel i środki ku niemu, w ogóle umieć liczyć, obliczać! Jakże człowiek wprzód sam musiał się stać o b l i c z a l n y m, p r a w i d ł o w y m, podległym k o n i e c z n o ś c i, by móc obliczać też siebie samego w stosunku do swego własnego wyobrażenia, aż w końcu w sposób, w jaki to czyni przyrzekający, zaręczyć za siebie, j a k o za p r z y s z ł o ś ć !
2.
- Oto są właśnie długie dzieje powstania o d p o w i e d z i a l n o ś c i. Zadanie wyhodowania zwierzęcia, które śmie przyrzekać - jak wam to już jasne zapewne - zawiera w sobie, jako warunek i przygotowanie, zadanie bliższe: u c z y n i ć wprzód człowieka do pewnego stopnia podległym konieczności, jednolitym, równym wśród równych, prawidłowym i przeto obliczalnym. Olbrzymia praca tego, co zwę "obyczajnością obyczaju" - właściwa praca człowieka nad samym sobą w najdłuższym okresie rodzaju ludzkiego, jego cała p r z e d h i s t o r y c z n a praca, ilekolwiek by w niej tkwiło srogości, tyraństwa, tępoty i idiotyzmu, ma w tym swe głębokie znaczenie, swe wielkie usprawiedliwienie, że obyczajność obyczaju i społeczny kaftan bezpieczeństwa u c z y n i ł y człowieka rzeczywiście obliczalnym. Stańmy natomiast na końcu olbrzymiego procesu, tam, gdzie dojrzewają ostatecznie owoce drzewa, gdzie społeczeństwo i obyczajny jego obyczaj wyjawiają nareszcie, d o c z e g o były tylko środkiem: a znajdziemy, jako najdojrzalszy na tym drzewie owoc, s a m o w ł a d n e i n d y w i d u u m, samemu sobie tylko równe, które znowu uwolniło się od obyczajności obyczaju, samorządne, nadobyczajne indywiduum, (bo "samorządny" i "obyczajny" wykluczają się wzajem), słowem człowieka z własną, niezawisłą, długotrwałą wolą, który ś m i e p r z y r z e k a ć - a w nim dumną, w każdym mięśniu drgającą świadomość tego, co tu ostatecznie zdobyte zostało i w niego wcielone, właściwą świadomość mocy i wolności, uczucie dopełnienia człowieka w ogóle. Ten wyzwolony, który rzeczywiście ś m i e przyrzekać, ten pan w o l n e j woli, ten samowładca, jakżeby nie miał wiedzieć, jaką tym samym osiągnął wyższość nad wszystkim, czemu nie wolno przyrzekać i poręczać za siebie, ile wzbudza on zaufania, obawy, czci - "zasługuje" na wszystko troje - i jak mu, z tym panowaniem nad sobą dane jest koniecznie w dłoń i panowanie nad okolicznościami, nad przyrodą i wszelkim ukróconym w swej woli i niedającym poręki stworzeniem? Człowiek "wolny", posiadacz długotrwałej i niezłomnej woli, ma w tym posiadaniu swoją m i a r ę w a r t o ś c i: ze swego patrząc stanowiska na innych, czci lub gardzi; i z tą samą koniecznością, z jaką czci sobie równych, silnych, dających porękę (którym w o l n o przyrzekać) - więc każdego, kto przyrzeka, jak samowładca, niechętnie, rzadko, powoli, który skąpi zaufania, który w y r ó ż n i a darząc zaufaniem, który daje swe słowo, jako coś, na czym się oprzeć można, bo czuje się dość silny, by dotrzymać go nawet wbrew złym przypadkom, nawet "wbrew losowi" - z tą samą koniecznością będzie miał w pogotowiu kopnięcie dla głodnych psów gończych, które przyrzekają, choć nie śmieją, i rózgę dla łgarza, który łamie swe słowo już w chwili, gdy je ma na języku. Dumna świadomość nadzwyczajnego przywileju o d p o w i e d z i a l n o ś c i, świadomość tej rzadkiej wolności, tej mocy nad sobą samym i losem, wsiąkła w niego, w głąb jego najskrytszą i stała się instynktem, instynktem dominującym. A jakże nazwie on ten instynkt dominujący, przypuściwszy, że uczuje w sobie potrzebę słowa na to? Ależ nie ulega wątpliwości, że ten samowładny człowiek zwie go swym s u m i e n i e m...
3.
- Swym sumieniem?... Można odgadnąć z góry, że to pojęcie "sumienia", które spotykamy tu w jego najwyższym, prawie podziw budzącym ukształtowaniu, ma za sobą długie dzieje przemiany. Śmieć ręczyć za siebie i z dumą, a więc ś m i e ć r z e c "tak" o sobie także - to, jak się rzekło, dojrzały owoc, lecz i p ó ź n y owoc. Jakże długo musiał ten owoc w i s i e ć na drzewie, cierpki i kwaśny! A przez czas jeszcze dłuższy wcale nie było nic widać z tego owocu, nikt by nie śmiał go obiecywać, jakkolwiek wszystko w tym drzewie przygotowane było i właśnie do wydania go dążyło. - "W jaki sposób stwarza się człowiekowi - zwierzęciu pamięć? Jak w ten częścią tępy, częścią bezmyślny rozum chwili, w tę wcieloną zapominawczość, wtłacza się coś tak, aby pozostało obecne?... Tego prastarego problematu, jak sobie wyobrazić można, nie rozwiązano wcale subtelnymi odpowiedziami i środkami; może nawet nie ma nic straszliwszego i niesamowitszego w całych pradziejach człowieka nad jego m n e m o t e c h n i k ę. "Wypala się ogniem, co ma zostać w pamięci: tylko to, co nie przestaje b o l e ć, zostaje w pamięci". Oto naczelna zasada najstarszej (niestety i najdłużej trwającej) psychologii na ziemi. Chciałoby się nawet rzec, że gdziekolwiek dziś jeszcze na ziemi istnieje uroczystość, powaga, tajemnica, posępne barwy w życiu ludzi i ludów, wszędzie tam o d b i j a s i ę jeszcze coś z owej straszliwości, z jaką ongiś wszędzie na ziemi przyrzekano, poręczano, ślubowano: przeszłość, najdłuższa, najgłębsza, najtwardsza przeszłość owiewa nas i wzbiera w nas ilekroć stajemy się "poważni". Nie obeszło się nigdy bez krwi, bez mąk, bez ofiar, gdy człowiek widział potrzebę stworzenia sobie pamięci. Najstraszliwsze ofiary i zastawy (do których należały ofiary z pierworodów), odrażające okaleczenia (na przykład kastracje), najokrutniejsze formy rytualne lub kulty religijne (a wszystkie religie są w najgłębszej istocie systemami okrucieństw) - wszystko to ma swe źródło w owym instynkcie, który w bólu odgadł najmożniejszy pomocniczy środek mnemotechniczny. I w pewnym sensie zaliczyć tu trzeba całą ascetykę: pewna ilość idei ma pozostać niezatartą, wszechobecną, niezapominalną, "ustaloną", w celu zahipnotyzowania całego nerwowego i intelektualnego systemu tymi idées fixes, a ascetyczne procedury i formy życiowe są środkiem do tego, by owe idee uwolnić od współzawodnictwa wszelkich innych idei, by je "niezapominalnymi" uczynić. Im gorszy był "stan pamięci" ludzkości, tym straszliwszy zawsze widok jej zwyczajów: srogość ustaw karnych daje w szczególności miarę tego, ile trudów kosztowało osiągnięcie zwycięstwa nad zapominawczością i u p r z y t o m n i e n i e na stałe tym niewolnikom chwilowego uczucia i żądzy kilku prymitywnych wymogów społecznego współżycia. My Niemcy nie uważamy się stanowczo za jakiś szczególnie okrutny i twardego serca naród, jeszcze mniej za szczególnie płochy i żyjący z dnia na dzień; lecz wystarczy przypatrzeć się tylko naszemu dawnemu postępowaniu karnemu, aby się dopatrzeć, ile trudu kosztuje na ziemi wyhodowanie "narodu myślicieli" (to znaczy: t e g o narodu Europy, wśród którego i dziś jeszcze znaleźć można maximum zaufania, powagi, braku smaku i rzeczowości i który z tymi właściwościami ma prawo do wyhodowania wszelkich rodzajów mandarynów Europy). Ci Niemcy straszliwymi środkami stworzyli sobie pamięć, aby stać się panami swych gminnych podstawowych instynktów i ich brutalnego nieokrzesania: przypomnijmy sobie dawne niemieckie kary, na przykład kamienowanie (- już podanie ciska kamień młyński na głowę winnego), łamanie kołem (najsłynniejszy wynalazek i specjalność niemieckiego geniuszu w państwie kary!), wbijanie na pal, rozdzieranie i tratowanie końmi ("ćwiartowanie"), gotowanie zbrodniarza w oliwie lub winie (jeszcze w czternastym i piętnastym stuleciu), ulubione łupienie ze skóry ("darcie pasów"), wykrawanie mięsa z piersi; zarówno też smarowanie złoczyńcy miodem i rzucanie na pastwę muchom w skwarze słonecznym. Z pomocą takich obrazów i przykładów narzuci się w końcu pamięci pięć, sześć takich "nie chcę", co do których dało się p r z y r z e c z e n i e, by żyć wśród korzyści, jakie daje społeczność. I prawdziwie, z pomocą takiej "pamięci" doszło się ostatecznie do "rozumu"! Ach! Rozum, powaga, panowanie nad uczuciami, cała ta posępna sprawa, zwana rozwagą, wszystkie te przywileje i błyskotki człowieka: jakże drogo trzeba je było opłacić! Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich "dobrych rzeczy"!...
4.
- Lecz jakże przyszła na świat ta druga "posępna sprawa", świadomość winy, to całe "nieczyste sumienie"? - I oto powracamy do naszych genealogów moralności. Jeszcze raz powtarzam - lecz czyż nie powiedziałem jeszcze tego wcale? - nie są nic warci. Posiadać pięć piędzi długie, własne, jedynie "nowoczesne" doświadczenie; nie mieć żadnej wiedzy, żadnej chęci wiedzy rzeczy przeszłych, jeszcze mniej instynktu historycznego, tu właśnie potrzebnego "drugiego wzroku" - a jednak uprawiać dzieje morału: to musi się wedle wszelkiej słuszności skończyć na wynikach, które do prawdy nie tylko w kruchym pozostają stosunku. Czyż tym dotychczasowym genealogom moralności śniło się choćby tylko w przybliżeniu, że na przykład owo moralne, zasadnicze pojęcie "winy" wzięło początek swój z bardzo materialnego pojęcia "być winnym, dłużnym"? Lub że kara jako o d p ł a t a rozwinęła się zupełnie na uboczu od wszelkiego założenia wolności i niewolności woli - i to do tego stopnia, że owszem trzeba zawsze dopiero w y s o k i e g o szczebla uczłowieczenia, zanim zwierzę "człowiek" zacznie tworzyć owe o wiele prymitywniejsze rozróżnienia "umyślnie", "niedbale", "przypadkowo", "poczytalnie", wraz z ich przeciwieństwami i uwzględniać je przy wymiarze kary. Owa dziś tak tania i pozornie tak naturalna, tak nieunikniona myśl, która może nawet dla objaśnienia sposobu, w jaki powstało na ziemi poczucie sprawiedliwości, musiała podsunąć mniemanie: "zbrodniarz zasługuje na karę, p o n i e w a ż b y mógł postąpić inaczej" - jest faktycznie nadzwyczaj późno osiągniętą, nawet wyrafinowaną formą ludzkiego sądu i wnioskowania; kto dopatruje się jej w początkach, bierze się do psychologii dawniejszej ludzkości niezgrabnymi palcami. Przez najdłuższy okres dziejów ludzkich wcale n i e karano d l a t e g o, p o n i e w a ż czyniono złoczyńcę za czyn jego odpowiedzialnym, więc n i e z powodu założenia, że winny ma być ukarany, lecz raczej, jak dziś jeszcze rodzice karzą dzieci, z gniewu za poniesioną szkodę, gniewu, szukającego sobie upustu na szkodniku. Gniew ten jednak trzyma na wodzy i modyfikuje myśl, że każda szkoda może mieć w czymś r ó w n o w a ż n i k i rzeczywiście może być powetowana, choćby samym b ó l e m szkodnika. - Skąd ta prastara, głęboko wkorzeniona, może teraz już niedająca się wytępić idea wzięła moc swoją, idea równoważności szkody i bólu? Napomknąłem już coś o tym: w stosunku umownym w i e r z y c i e l a i d ł u ż n i k a, tak starym, jak istnienie w ogóle "osób prawnych" i wskazującym znów ze swej strony na podstawowe formy kupna, sprzedaży, wymiany, kramarstwa.
6.
W t e j więc dziedzinie, w prawie o zobowiązaniach, jest ognisko powstania świata pojęć moralnych: "wina", "sumienie", "obowiązek", "świętość obowiązku". - Początek jego, jak początek wszystkiego wielkiego na ziemi, był obficie i długo zlewany krwią. I czyżby nie należało dodać, że świat ten w gruncie rzeczy nigdy już nie postradał całkiem zapachu krwi i katowni (nawet w starym Kancie nie: imperatyw kategoryczny czuć okrucieństwem...)? Tu również zadzierzgnęło się nasamprzód to tajemnicze i może nierozwiązalne zahaczenie pojęć "winy i cierpienia". Jeszcze raz pytam: o ile cierpienie może być wyrównaniem "długu"? O tyle, o ile z a d a w a n i e cierpienia sprawiało w najwyższym stopniu przyjemność, o ile poszkodowany w zamian za uszczerbek wraz z przykrością z powodu uszczerbku, nabywał nadzwyczajną odpłatną rozkosz: m o ż n o ś ć z a d a w a n i a cierpienia. Prawdziwe ś w i ę t o to coś, co, jak rzeczone, w tym wyższej było cenie, i m bardziej nie przystawało do stopnia i społecznego stanowiska wierzyciela. To wszystko przypuszczalnie: bo trudno jest sięgnąć dna takich podziemnych rzeczy, nie mówiąc, że jest boleśnie; a kto tu wetknie niezgrabnie pojęcie "zemsty", nie tylko wniknięcie sobie utrudni, lecz i zaciemni zamiast wyjaśnić (- zemsta sama prowadzi przecie do takiego samego problematu: "jakże zadawanie cierpienia może być zadośćuczynieniem?"). Zdaje mi się, że sprzeciwia się delikatności, bardziej jeszcze świętoszkostwu oswojonych zwierząt domowych (to znaczy ludzi współczesnych, to znaczy nas) przedstawić sobie w całej pełni, do jakiego stopnia o k r u c i e ń s t w o tworzyło wielką radość odświętną dawniejszej ludzkości, do jakiego stopnia jest składnikiem i przymieszką prawie każdej ich radości; jak naiwnie z drugiej strony, jak niewinnie występuje ich potrzeba okrucieństwa, jak zasadniczo uważają właśnie "bezinteresowną złość" (lub, mówiąc za Spinozą, sympathia malevolens) za n o r m a l n ą właściwość człowieka - zatem za coś, czemu sumienie serdecznie p r z y t a k u j e ! Głębsze oko doszukałoby się może i w życiu dzisiejszym niemało tej najstarszej i najgłębszej radości odświętnej człowieka (...). W każdym razie niezbyt to jeszcze dawno, gdy nie umiano sobie wyobrazić książęcego wesela i święta ludowego w większym stylu bez egzekucji, tortur lub jakiegoś autodafé, tak samo żadnego dostojnego domu bez istot, na których by nie można wywierać swej złości i dopuszczać się okrutnych igraszek (- należy sobie przypomnieć choćby Don Kichota na dworze księżnej: czytamy dziś całego Don Kichota z gorzkim na języku posmakiem, prawie z udręką, i bylibyśmy z tego powodu dziwem i zagadką dla jego twórcy i tegoż współcześników - oni czytali go z najczystszym sumieniem, jako najweselszą z książek, zaśmiewali się nad nim prawie na śmierć). Przypatrywanie się cierpieniu sprawia przyjemność, zadawanie cierpienia jeszcze większą - jest to zdanie srogie, lecz stare, potężne, ludzkie, arcyludzkie zdanie, które by zresztą już małpy może były podpisały: bo mówią, że zapowiadają już dostatecznie człowieka wymyślaniem dziwacznych okrucieństw i są w tym jakby "przygrywką" do niego. Bez okrucieństwa nie ma uroczystości: tak uczą najstarsze, najdłuższe dzieje ludzkie - a i w karze jest tyle u r o c z y s t e g o ! -
8.
Poczucie winy, zobowiązania osobistego - by podjąć nić naszego badania - wywodzi, jak widzieliśmy, początek swój z najstarszego i najpierwotniejszego, jaki istnieje, stosunku osób, stosunku kupca i sprzedawcy, wierzyciela i dłużnika: tutaj występowała po raz pierwszy osoba przeciw osobie, tu po raz pierwszy m i e r z y ł a s i ę osoba z osobą. Nie odnaleziono jeszcze tak niskiego stopnia cywilizacji, gdzie by śladów tego stosunku nie dało się już zauważyć. Stanowić ceny, odmierzać wartości, wymyślać równoważniki, przeprowadzać zamianę - wszystko to w takim stopniu zajmowało najpierwotniejsze myślenie człowieka, że w pewnym znaczeniu było s a m y m m y ś l e n i e m: tu wyhodował się najstarszy rodzaj bystrości umysłowej, tu by również upatrywać można pierwszy związek ludzkiej dumy, poczucia pierwszeństwa swego w stosunku do reszty zwierząt. Może niemiecki wyraz Mensch (manas) wyraża właśnie coś z t e g o samopoczucia: człowiek określał siebie jako istotę, która odmierza wartości, ocenia i mierzy, jako "oceniające wartości zwierzę samo w sobie". Kupno i sprzedaż, wraz ze swymi psychologicznymi przynależnościami, są starsze nawet od początków wszelkich społecznych form organizacyjnych i związków: z zaczątkowych raczej form prawa osobowego p r z e n i o s ł o się dopiero kiełkujące poczucie wymiany, umowy, długu, prawa, zobowiązania, wyrównania na najgrubsze i najpierwotniejsze kompleksy społeczne (w ich stosunku do podobnych kompleksów), wraz z przyzwyczajeniem porównywania, mierzenia, obliczania mocy mocą. Oko przystosowało się już teraz do tej perspektywy: i z ową niezdarną konsekwencją, właściwą ociężałemu, lecz później nieubłaganie w tym samym kierunku toczącemu się dalej myśleniu dawniejszej ludzkości, doszło się niebawem, z pomocą wielkiego uogólnienia, do tego, że "każda rzecz ma swą cenę; w s z y s t k o może być odpłacone". Jest to najstarszy i najnaiwniejszy moralny kanon s p r a w i e d l i w o ś c i, początek wszelkiej "dobroduszności", wszelkiej "słuszności", wszelkiej "dobrej woli", wszelkiej "obiektywności" na ziemi. Sprawiedliwością na tym pierwszym szczeblu jest dobra wola pośród mniej więcej równie możnych, postępowania ku wzajemnemu zadowoleniu, "porozumienia się" drogą wyrównania - a w stosunku do mniej możnych, z m u s z e n i a ich do wyrównania pomiędzy sobą.
9.
Jeżeli ciągle mierzyć będziemy miarą czasów pierwotnych (które zresztą istnieją każdego czasu, lub znów są możliwe): to i społeczność pozostaje do swych członków w tym ważnym, zasadniczym stosunku wierzyciela do dłużnika. Żyje się wśród społeczności, korzysta się z dobrodziejstw z niej wypływających (och, co za korzyści, nie doceniamy dziś ich czasami!), mieszka się pod opieką i ochroną, spokojnie i ufnie, bez troski o pewne szkody i wrogości, na które wystawiony jest człowiek s p o z a o b r ę b u, "pozbawiony pokoju" - Niemiec zrozumie, co Elend, elend1 pierwotnie ma oznaczać - wedle tego, jak się człowiek ze względu na te szkody i wrogości gminie zaprzedał i zobowiązał. Cóż stanie się w r a z i e p r z e c i w n y m ? Gromada, wierzyciel oszukany, znajdzie sobie w miarę swej mocy zapłatę, można liczyć na to. Chodzi tu najmniej o bezpośrednią szkodę, którą szkodnik wyrządził: pomijając ją, jest przestępcą, przede wszystkim "zdrajcą", łamiącym umowę i słowo względem c a ł o ś c i, w stosunku do wszystkich dóbr i przyjemności współżycia, w których aż dotąd uczestniczył. Przestępca jest dłużnikiem, który użyczonych sobie korzyści i zadatków nie tylko nie spłaca, lecz jeszcze targa się na swego wierzyciela: dlatego traci odtąd, jak słuszna, nie tylko wszystkie te dobra i korzyści, lecz jeszcze przywiedzie mu się na pamięć, jakie d o b r a t e m a j ą z n a c z e n i e. Gniew poszkodowanego wierzyciela, społeczności, przywraca dłużnika do dzikiego, wyjętego spod prawa stanu, przed którym był dotąd chroniony: odtrąca go - i każda wrogość może teraz szukać sobie na nim upustu. "Kara", na tym stopniu uobyczajnienia to po prostu odbicie, mimus normalnego postępowania ze znienawidzonym, rozbrojonym, obalonym wrogiem, który postradał nie tylko wszelkie prawo i opiekę, lecz i wszelką łaskę; więc jest to prawo wojenne i święto zwycięskiego Vae victis!2 - najniemiłosierniejsze i najokrutniejsze - co wyjaśnia, że wojna sama (zalicza się do tego i wojenny kult ofiarniczy) użyczyła wszystkich tych f o r m, pod którymi kara występuje w historii.
11.
Teraz słowo celem sprzeciwienia się niedawno podjętym usiłowaniom szukania początku sprawiedliwości na zupełnie innym gruncie, mianowicie na gruncie, którym jest ressentiment. Psychologom powiem przedtem do ucha, przypuszczając, że by mieli ochotę zbadać raz samo ressentiment z bliska: roślina ta kwitnie teraz najpiękniej wśród anarchistów i antysemitów, zresztą tak, jak zawsze kwitła, w ukryciu, fiołkowi podobna, acz z innym zapachem. A jak z podobnego koniecznie zawsze podobne powstać musi, tak też nie zdziwi nikogo, że właśnie znów z takich kół, jak to już częściej bywało, wychodzą usiłowania uświęcenia z e m s t y pod nazwą s p r a w i e d l i w o ś c i, jak gdyby sprawiedliwość była w gruncie tylko dalszym rozwojem uczucia urazy - a wraz z zemstą pragnie się wynieść następnie do czci wszystkie w ogóle uczucia r e a k c y j n e. Tym ostatnim ja bym najmniej się zgorszył. W stosunku do całego biologicznego problematu (ze względu na który wartości tych uczuć dotąd nie doceniano), uważałbym to nawet za z a s ł u g ę. Zwracam tylko uwagę na okoliczność, że to z ducha samego ressentiment wyrasta ta nowa nuance3 naukowej sprawiedliwości (na rzecz nienawiści, zazdrości, nieżyczliwości, podejrzliwości, rancune, zemsty). (...) O s t a t n i m gruntem, który duch sprawiedliwości zdobyć może, jest grunt uczucia reakcyjnego! Jeśli się rzeczywiście zdarzy, że człowiek sprawiedliwy sprawiedliwym zostanie nawet względem swych szkodników (a nie tylko zimnym, umiarkowanym, obcym, obojętnym; być sprawiedliwym jest zawsze p o z y t y w n y m zachowaniem się), jeśli się nawet pod nawałem osobistej urazy, szyderstwa, podejrzenia nie zmąci wysoka, czysta, równie głęboko jak łagodnie patrząca przedmiotowość sprawiedliwego, s ą d z ą c e g o oka, w takim razie jest to cząstka doskonałości i najwyższego mistrzostwa na ziemi - nawet coś, czego tu roztropnie jest nie oczekiwać, w co w każdym razie nie należy w i e r z y ć zbyt łatwo. Niewątpliwa, że średnio nawet osobom najuczciwszym wystarcza już drobna zaczepka, złośliwość, insynuacja, by wpędzić im krew w oczy, a wypędzić z oczu wszelkie poczucie słuszności. Aktywny, napadający, zaczepny człowiek stoi zawsze jeszcze sto kroków bliżej sprawiedliwości, niż reakcyjny; nie jest bowiem wcale zmuszony, w sposób, jak to reakcyjny człowiek czyni, czynić musi, do fałszywego, uprzedzonego oceniania swego przedmiotu. Rzeczywiście dlatego człowiek napadający jako silniejszy, odważniejszy, dostojniejszy, miał za wszystkich czasów i w o l n i e j s z e o k o i c z y s t s z e sumienie: na odwrót zgadnąć już łatwo, kto w ogóle ma na sumieniu wynalezienie "nieczystego sumienia" - człowiek opanowany przez ressentiment! (...) Wszędzie, gdzie dzieje się i utrzymuje sprawiedliwość, widać silniejszą moc, która w stosunku do niżej od niej stojących, słabszych (czy to grup, czy jednostek), szuka środków, by bezmyślnie szalejącemu ressentiment kres położyć, już to wydzierając przedmiot tegoż ressentiment z rąk zemsty, już to zamiast zemsty wydając ze swej strony bitwę wrogom pokoju i porządku, już to wynajdując wyrównania, proponując, w danych razach narzucając, już to podnosząc pewne równoważniki uszkodzeń do normy, do której odtąd raz na zawsze ressentiment stosować się musi. (...) Mówić o "prawie" i "bezprawiu" s a m y c h w s o b i e nie ma zgoła sensu; naturalnie nie może urażenie, pogwałcenie, złupienie, zniszczenie samo w sobie być czymś "bezprawnym", o ile życie funkcjonuje e s e n c j o n a l n i e, to jest raniąc, gwałcąc, łupiąc, niszcząc w swych zasadniczych funkcjach, i nie da się wcale bez tego charakteru pomyśleć. Trzeba wyznać jeszcze coś ciekawszego, że z najwyższego, biologicznego stanowiska stany prawne mogą być zawsze tylko s t a n a m i w y j ą t k o w y m i, jako częściowe ograniczenia właściwej, do mocy dążącej woli życiowej i podporządkowanie sobie jej wspólnych celów jako poszczególnych środków, to jest jako środków do stworzenia w i ę k s z y c h jedności mocy. Porządek prawny, pomyślany samowładczo i ogólnie, nie jako środek w walce kompleksów mocy, lecz jako środek p r z e c i w wszelkiej walce w ogóle, może wedle komunistycznego szablonu Dühringa4, że każda wola winna każdą wolę za równą uważać, byłby zasadą w r o g ą ż y c i u, burzycielem i rozprzężeniem człowieka, zamachem na przyszłość człowieka, znakiem znużenia, ukradkowym przesmykiem do nicości...
13.
- Aby więc wrócić do przedmiotu, to jest do k a r y, należy w niej rozróżniać dwie rzeczy: najpierw to, co w niej jest względnie t r w a ł e, zwyczaj, akt, "dramat", pewną surową kolejność procedur, z drugiej strony to, co w niej płynne, sens, cel, oczekiwanie, które łączy się z wykonaniem takich procedur. Poza tym przypuszczamy tylko, per analogiam5, wedle wyłuszczonego właśnie zasadniczego punktu widzenia metodyki historycznej, że procedura sama będzie czymś starszym, wcześniejszym, niż jej zużytkowanie do kary, że dopiero w ł o ż o n o ją w procedurę i podsunięto jako tej procedury tłumaczenie (dawno istniejącej, lecz w innym znaczeniu używanej), słowem, że rzecz n i e tak się ma, jak nasi naiwni genealogowie moralności i prawa dotąd przypuszczali, mniemając wszyscy razem, że procedurę w y n a l e z i o n o dla celu kary, tak, jak sobie niegdyś wyobrażano rękę wynalezioną celem chwytania. Co się tyczy jednak owego drugiego pierwiastka w karze, zmiennego jej "sensu", to w późniejszym stanie "kultury" (na przykład w Europie dzisiejszej), pojęcie "kary" nie przedstawia faktycznie wcale już jednego sensu, lecz całą syntezę "sensów". Dotychczasowe dzieje kary w ogóle, dzieje jej wyzyskiwania do najróżniejszych celów, krystalizują się ostatecznie w pewien rodzaj jedności, trudno rozpuszczalnej, trudnej do analizowania, i, co podnieść trzeba, n i e d a j ą c e j s i ę w c a l e z d e f i n i o w a ć. (N i e m o ż l i w ą jest dziś rzeczą powiedzieć dokładnie, d l a c z e g o właściwie się karze: wszystkie pojęcia, w których się cały proces semiotycznie streszcza, uchylają się od definicji; definiować da się tylko to, co nie ma żadnych dziejów). Natomiast w pewnym wcześniejszym stadium okazuje się jeszcze owa synteza "sensów" bardziej do rozwikłania, a także bardziej podatna zmianie; można zauważyć jeszcze, jak w każdym poszczególnym przypadku pierwiastki syntezy zmieniają swoją wartościowość i wedle tego inaczej się porządkują tak, że raz ten, to znów ów pierwiastek kosztem pozostałych wybija się na czoło i dominuje, a nawet w pewnych razach jeden pierwiastek (może cel odstraszenia) zdaje się unicestwiać całą resztę składników. Aby dać przynajmniej wyobrażenie, jak niepewny, jak następczy, jak przypadkowy jest "sens" kary, i jak jedna i ta sama procedura ze względu na zasadniczo różne zmysły może być różnie zużytkowana, wytłumaczona, przykrojona, niechaj posłuży tu schemat, do którego doszedłem na podstawie małego stosunkowo i przypadkowego materiału. Kara jako unieszkodliwienie, jako przeszkodzenie dalszemu szkodzeniu. Kara jako odpłacenie poszkodowanemu szkody, w jakiej bądź formie (także w uczuciowym wynagrodzeniu). Kara jako izolowanie zakłócenia równowagi, by zapobiec rozszerzeniu się zakłócenia. Kara jako wpajanie strachu przed tymi, którzy karę wyznaczają i wykonywają. Kara jako rodzaj wyrównania za te korzyści, których przestępca dotychczas używał (na przykład, jeśli się go używa jako niewolnika w kopalniach). Kara jako wyłączenie pierwiastka zwyrodniałego (w danych razach całej gałęzi, jak wedle prawa chińskiego: więc jako środek do utrzymania czystości rasy i utrzymania tęgości typu społecznego). Kara jako uroczystość, to jest jako pogwałcenie i wyszydzenie obalonego na koniec wroga. Kara jako wyrabianie pamięci, czy to temu, który karę ponosi - tak zwana "poprawa", czy to świadkom egzekucji. Kara jako honorarium, zastrzeżone ze strony władzy, która chroni złoczyńcę przed wybujałością zemsty. Kara jako kompromis z naturalnym stanem zemsty, o ile ten ostatni utrzymuje się jeszcze dzięki możnym rodom i o ile one roszczą sobie doń przywileje. Kara jako wypowiedzenie wojny i środek przeciw wrogowi pokoju, prawa, porządku, zwierzchności, wrogowi, którego zwalcza się środkami, jakie wojna właśnie daje w ręce, jako niebezpiecznego dla społeczności, jako łamiącego umowę, co do jej warunków, jako buntownika, zdrajcę i pokojołomcę.
14.
Lista ta jest niewątpliwie niezupełna; kara jest jawnie przeładowana pożytecznościami wszelkiego rodzaju. Tym snadniej odjąć jej można użyteczność d o m n i e m a n ą, która jużci uchodzi w świadomości ludowej za najistotniejszą. Wiara w karę, chwiejąca się dziś z licznych powodów, znajduje właśnie w niej ciągle najsilniejszą swą podporę. Kara posiadać ma tę wartość, że budzi p o c z u c i e w i n y w w innym, szuka się w niej właściwego instrumentum owej duchowej reakcji, która zwie się "nieczystym sumieniem", "wyrzutem sumienia". Lecz tym samym wykracza się nawet ze względu na dziś jeszcze przeciw rzeczywistości i psychologii, a cóż dopiero ze względu na najdłuższe dzieje człowieka, jego przeddzieje! Prawdziwy wyrzut sumienia jest właśnie wśród zbrodniarzy i skazańców czymś niezmiernie rzadkim; więzienia, domy poprawy n i e są wylęgarnią, w której ta species toczącego robaka najchętniej się udaje; w tym zgadzają się wszyscy sumienni postrzegacze, którzy w licznych wypadkach sąd tego rodzaju dość niechętnie i przeciw własnym wydają życzeniom. Na ogół licząc, kara hartuje i ostudza; koncentruje; zaostrza poczucie osamotnienia; wzmacnia siłę oporu. Jeżeli się zdarzy, że złamie energię i wywoła nędzne ukorzenie i poniżenie się, to wypadek taki jest bezsprzecznie jeszcze mniej pokrzepiający, niż średnie działanie kary, które charakteryzuje sucha, ponura powaga. Gdy zaś pomyślimy jeszcze o owych tysiącleciach p r z e d dziejami człowieka, to śmiało możemy wydać sąd, że właśnie kara najbardziej p o w s t r z y m a ł a rozwój poczucia winy - przynajmniej ze względu na ofiary, na których sobie przemoc karząca szukała upustu. Nie ważmy mianowicie lekce tego, jak dalece widok sądowych i wykonawczych procedur nawet przeszkadza przestępcy odczuwać czyn swój, rodzaj swego postępku jako pogardy godny s a m w s o b i e: widzi on bowiem ten sam rodzaj postępku spełniany w służbie sprawiedliwości i nazywanym wówczas dobrym, z czystym sumieniem spełniany: więc szpiegostwo, podejście, przekupstwo, zastawianie sideł, całą frantowską i szczwaną sztukę policjantów i oskarżycieli, następnie zasadnicze, nawet afektem nieuniewinnione grabienie, pogwałcenie, lżenie, więzienie, torturowanie, mordowanie tak, jak się w różnych rodzajach kary przebijają - wszystko to więc jako czynności wcale przez sędziów nie napiętnowane pogardą, ani potępione s a m e w s o b i e, lecz tylko w pewnym względzie i w pewnym zużytkowaniu. "Nieczyste sumienie", ten najbardziej niesamowity i zajmujący kwiat naszej ziemskiej roślinności, n i e wyrósł na tym gruncie - w rzeczywistości nie istniało przez najdłuższy okres czasu nawet w świadomości sądzących, karzących n i c, co by wyrażało, że się ma do czynienia z "winnym". Tylko ze szkodnikiem, z nieodpowiedzialną częścią przeznaczenia. I nawet ten, na którego później spadała kara, znowu jako część przeznaczenia, nie doznawał przy tym żadnej innej "wewnętrznej udręki", jak kiedy nastąpiło coś nieobliczalnego, jakiś straszny wypadek w naturze, oberwanie się miażdżącej skały, przeciw czemu na nic wszelka walka.
16.
W tym miejscu nie mogę uniknąć, by swojej własnej hipotezie o początku "nieczystego sumienia" nie dopomóc do pierwszego tymczasowego wyjawu: niełatwo zdobyć dla niej posłuch - chce ona, by długo ją przemyślać na jawie i we śnie. Uważam nieczyste sumienie za ciężkie chorzenie, w które człowiek wpaść musiał pod naciskiem owej najbardziej zasadniczej z wszystkich przemian, jakie w ogóle przeżył - owej przemiany, gdy znalazł się ostatecznie zamkniętym w zaklętym kole społeczeństwa i pokoju. Jak zwierzętom wodnym, gdy zmuszone były albo stać się zwierzętami lądowymi, albo zginąć, tak samo działo się tym półzwierzom dziczy, przystosowanym szczęśliwie do wojny, włóczęgi i przygód - nagle instynkty ich pozbawione zostały wartości i "zawieszone". Miały odtąd chodzić na nogach i "nosić same siebie", gdy dotąd nosiła je woda. Straszliwe brzemię ciążyło na nich. Do najprostszych zatrudnień czuły się niezgrabne, brakło im ich starych przewodników po tym nowym, nieznanym świecie, regulujących, nieświadomie a pewnie wiodących popędów - zostały ograniczone do myślenia, wnioskowania, obliczania, kombinowania przyczyn i skutków, te nieszczęśniki, ograniczone do s w e j "świadomości", do swego najbiedniejszego, najzawodniejszego organu! Zdaje mi się, że nigdy nie istniało na świecie podobne poczucie nędzy, takie ołowiane zniechęcenie - a nadto owe stare instynkty nie przestały od razu stawiać swych wymagań! Tylko, że trudno i rzadko można było czynić po ich woli: na ogół musiały szukać sobie nowych i jakby podziemnych zadowoleń. Wszystkie instynkty, nie mogące wyładować się na zewnątrz, z w r a c a j ą s i ę w e w n ą t r z - oto, co nazywam u w e w n ę t r z n i e n i e m człowieka; tak dopiero przyrasta do człowieka to, co się później jego "duszą" zowie. Cały świat wewnętrzny, początkowo cienki, jakby wciśnięty między dwa naskórki, rozrósł się i wyrósł, nabrał głębi, szerzy, wysokości, w miarę, jak z a h a m o w a n e zostało wyładowanie się człowieka na zewnątrz. Owe straszne obwarowania, którymi organizacja państwowa broniła się przeciw dawnym instynktom wolności - kary przede wszystkim należą do tych obwarowań - sprawiły, że wszystkie owe instynkty starego, wolnego, koczowniczego człowieka, zwróciły się wstecz, p r z e c i w c z ł o w i e k o w i s a m e m u. Wrogość, okrucieństwo, uciecha z prześladowania, z napadania, ze zmiany i zniszczenia - wszystko to zwrócone przeciw posiadaczom takich instynktów, o t o początek "nieczystego sumienia". Człowiek, który z braku zewnętrznych wrogów i oporów, wtłoczony w gniotącą cieśń i prawidłowość obyczaju, niecierpliwie sam siebie targał, prześladował, gryzł, zakłócał i katował, to o kraty swej klatki raniące się zwierzę, które się chce "obłaskawić", ten nędzarz, czujący brak i trawiony tęsknotą za pustynią, który z samego siebie stwarzać sobie musiał przygodę, miejsce tortury, puszczę niepewną i niebezpieczną - ten szaleniec, ten stęskniony i zrozpaczony więzień, stał się wynalazcą "nieczystego sumienia". Od niego jednak rozpoczęła się największa i najstraszniejsza choroba, z której ludzkość po dziś dzień nie ozdrowiała, człowiek rozchorował się n a c z ł o w i e k a, n a s i e b i e s a m e g o: wskutek gwałtownego odcięcia się od przeszłości zwierzęcej, niejako skoku i runięcia w nowe położenie i warunki bytu, wskutek wypowiedzenia wojny starym instynktom, na których polegała dotąd jego siła, uciecha i straszliwość. Dodajmy do tego natychmiast, że z drugiej strony wraz z duszą zwierzęcą, zwracającą się przeciw samej sobie, stojącą po stronie przeciwnej sobie samej, zaszło na ziemi coś tak nowego, głębokiego, niesłychanego, zagadkowego, w sprzeczność i p r z y s z ł o ś ć b r z e m i e n n e g o, że widok ziemi zmienił się zasadniczo. W samej rzeczy, trzeba było boskich widzów, aby godnie uczcić widowisko, które się wówczas zaczęło i którego końca jeszcze dziś wcale przewidzieć nie można - widowisko zbyt subtelne, zbyt cudowne, zbyt paradoksalne, aby mogło się odegrać niedorzecznie, niepostrzeżenie na jakiejś śmiesznej gwieździe! Odtąd człowiek należy do najbardziej nieoczekiwanych i wzruszających rzutów szczęścia, w które gra "wielkie dziecko" Heraklita - czy się zwie Zeusem, czy Przypadkiem - wzbudza dla siebie zajęcie, napięcie uwagi, nadzieję, nieledwo pewność, jak gdyby coś się nim zwiastowało, coś przygotowywało, jak gdyby człowiek nie był celem, lecz tylko drogą, ogniwem, mostem, wielką obietnicą...
17.
Do założenia tej hipotezy początku nieczystego sumienia należy po pierwsze to, że owa przemiana nie była wcale stopniowa, wcale dobrowolna i nie przedstawiała się jako ograniczone wrastanie w nowe warunki, lecz jako przełom, jako skok, mus, nieodparta fatalność, przeciw którym nie było żadnej walki, ani nawet żadnego ressentiment. Po drugie jednak i to, że przystosowanie się niehamowanej dotąd i nieukształconej ludności do stałej formy, jak zaczęło się gwałtem, tak też samymi gwałtami do końca doprowadzone zostało; że najstarsze "państwo" wedle tego wystąpiło i dalej działało jako tyrania straszliwa, jako miażdżąca i bezwzględna maszyneria, aż wreszcie taki surowy materiał ludu półzwierząt nie tylko ugniótł się i stał się podatny, lecz także został u f o r m o w a n y. Używam wyrazu "państwo": wiadomo, co przez to rozumiem - jakąś gromadę płowowłosych drapieżców, rasę zdobywców i panów, która, zorganizowana na sposób wojenny, i posiadając moc do organizowania, kładzie bez skrupułu swe straszliwe łapy na ludność może liczebnie nieskończenie wyższą, lecz jeszcze bezkształtną, jeszcze koczowniczą. Tak przecie poczyna się "państwo" na ziemi: sądzę, że pozbyto się owego marzenia, które kazało mu powstawać drogą "umowy". Kto rozkazywać umie, kto jest z natury "panem", kto gwałtem sobie poczyna w każdym ruchu i dziele - cóż ma taki do czynienia z umowami? Takie istoty nie są obliczalne, przychodzą jak przeznaczenie, bez powodu, wbrew rozumowi, bez względu, pozoru, zjawiają się, jak grom się zjawia, zbyt strasznie, zbyt nagle, zbyt przekonywająco, zbyt "inaczej", by nawet nienawidzone być mogły. Dzieło ich jest instynktownym tworzeniem form, wyciskaniem form, są to najbardziej poniewolni, najnieświadomsi artyści, jacy istnieją. Gdzie się pojawią, jawi się wkrótce coś nowego, twór władczy, który ż y j e, w którym części i funkcje zostały odgraniczone i uzależnione, w którym nie znajdzie miejsca nic w ogóle, w co wprzód nie został włożony "sens" odnośnie do całości. Oni nie wiedzą, ci urodzeni organizatorowie, co wina, co odpowiedzialność, co wzgląd; rządzi nimi ów straszliwy egoizm twórcy, który patrzy jak spiż i czuje się, jak matka przez dziecię swoje, z góry usprawiedliwionym przez swe "dzieło" na wieki. To n i e w n i c h wyrosło nieczyste sumienie, rozumie się z góry - aleby nie było wyrosło b e z n i c h to obrzydłe zielsko, brakłoby go, gdyby pod naciskiem ich młotów bijących, ich potęgi twórczej, pewne olbrzymie quantum wolności nie zostało usunięte ze świata, przynajmniej z widoku i niejako wprowadzone w s t a n u t a j e n i a. Tym wprowadzonym gwałtownie w stan utajenia i n s t y n k t e m w o l n o ś c i - pojęliśmy to już - tym wstecz wypartym, cofniętym, wewnątrz uwięzionym i w końcu znajdującym ujście i upust jeszcze tylko na sobie samym instynktem wolności: tym i tylko tym jest w swym zaczątku n i e c z y s t e s u m i e n i e.
18.
Strzeżmy się pomiatać całym tym zjawiskiem już dlatego, że od razu jest szpetne i bolesne. W gruncie rzeczy jest to przecież ta sama siła czynna, która u owych potężnych twórców i organizatorów działa wspanialej i buduje państwa, a która tutaj, wewnętrzna, mniejsza, małostkowsza, na wstecz skierowana, "w labiryncie piersi", mówiąc z Goethem, stwarza sobie nieczyste sumienie, buduje ideały negatywne, to właśnie ów i n s t y n k t w o l n o ś c i (mówiąc moim językiem: wola mocy). Tylko, że tworzywem, które urabia kształtująca i gwałcicielska natura owej siły jest właśnie sam człowiek, jego cała, zwierzęca, stara jaźń, a n i e, jak w owym większym, naoczniejszym zjawisku, i n n y człowiek, i n n i ludzie. To tajne gwałcenie siebie, to okrucieństwo twórcze, ta uciecha nadawania kształtu sobie samemu, jako ciężkiemu, opornemu, cierpiącemu tworzywu, uciecha wypalania na sobie woli krytyki, sprzeczności, pogardy, zaprzeczenia, ta niesamowita i przerażająco rozkoszna robota dobrowolnie rozdwojonej w sobie duszy, która sobie ból zadaje z rozkoszy zadawania bólu, całe to a k t y w n e "nieczyste sumienie" jako macierzyńskie łono idealnych i wyobraźniowych wydarzeń - jak to już zgadnąć można - wywiodło ostatecznie na światło także całą pełnię nowej dziwnej piękności i potwierdzenia, a może w ogóle dopiero po raz pierwszy piękno samo... Cóż by bowiem było "pięknym", gdyby wpierw sprzeczność nie uświadomiła się samej sobie, gdyby wpierw brzydota nie powiedziała samej sobie: "jestem brzydka"?... Po tej wskazówce przynajmniej będzie mniej zagadkowa zagadka, o ile w pojęciach zaprzeczonych, jak b e z o s o b o w o ś ć, z a p a r c i e s i ę s i e b i e, o f i a r a, wyraża się ideał, piękność. I jedno odtąd wiadomo - nie wątpię - mianowicie w jakim rodzaju od początku jest r o z k o s z, którą odczuwa bezosobowy, samozapierający się, samoofiarny: rozkosz ta należy do okrucieństwa. - Tyle tym czasem, co do pochodzenia "nieegoistyczności", jako wartości m o r a l n e j, i celem wyznaczenia gruntu, z którego wartość ta wyrosła: dopiero nieczyste sumienie, dopiero wola samodręczenia, jest warunkiem w a r t o ś c i pierwiastka nieegoistycznego. -
22.
Już prawie da się zgadnąć, c o się przy tym wszystkim i p o d tym wszystkim działo. Widzimy ową chęć samodręczenia, owo w głąb cofnięte okrucieństwo uwewnętrznionego, w siebie zapędzonego człowieka - zwierza, celem obłaskawienia w "państwo" zamkniętego więźnia, który wynalazł nieczyste sumienie, by sobie ból zadawać, skoro n a t u r a l n e ujście tej chęci zadawania cierpienia zostało zatamowane. Ten człowiek z sumieniem nieczystym owładnął założeniem religijnym, by swoją samoudrękę doprowadzić do najokropniejszej srogości i surowości. Wina przeciw B o g u !... Ta myśl staje się dlań narzędziem tortury. Ujmuje w "Bogu" krańcowe przeciwieństwa, jakie dla swych właściwych i nieodłącznych instynktów zwierzęcych mógł wynaleźć, przeinacza te instynkty zwierzęce w winę przeciw Bogu (jako wrogość, opór, bunt przeciw "panu", "ojcu", źródłu i początkowi świata), wprzęga się w sprzeczność "Boga" i "diabła", wyrzuca z siebie wszelkie zaprzeczenie siebie samego, natury, naturalności, faktycznej swej istoty, jako potwierdzenie, jako byt, cielesność, rzeczywistość, jako Boga, jako świętość Boga, jako sędziostwo Boga, jako katostwo Boga, jako zaświat, jako wieczność, jako katuszę bez końca, jako piekło, jako niezmierzoność kary i winy. Jest w tym okrucieństwie duchowym rodzaj szaleństwa woli, nie mającego bezwzględnie nic sobie równego: w o l a człowieka uważania siebie za winnego i godnego potępienia aż do niemożliwości pokuty; jego wola c z u c i a się skaranym, bez nadziei, że kara winę zrównoważyć może, jego w o l a, by najgłębsze dno rzeczy zarazić i zatruć problematem kary i winy, by raz na zawsze odciąć sobie odwrót z tego labiryntu idée fixe; jego wola wzniesienia ideału - ideału "świętego Boga" - by w obliczności jego być dotykalnie pewnym swej bezwzględnej niegodności! Och, to szalone, smutne zwierzę człowiecze! Jakież nachodzą je pomysły, jakież pogwałcenia natury, jakież paroksyzmy głupstwa, jakież b e s t i a l s t w o i d e i wystrzela natychmiast, skoro tylko przeszkodzi się mu być b e s t i ą w c z y n i e !... Wszystko to jest aż nadmiernie zajmujące, lecz także pełne czarnego, posępnego, denerwującego smutku, że trzeba przemocą bronić się zbyt długiemu patrzeniu w te bezdnie. Tkwi tu c h o r o b a, nie ulega wątpliwości, najstraszniejsza choroba, jaka dotychczas w człowieku szalała: a kto jeszcze usłyszeć zdołał (lecz dziś nie ma się już uszu na to! -) jak wśród tej nocy katuszy i niedorzeczności brzmiał krzyk m i ł o ś c i, krzyk tęskniącego zachwytu, wybawienia w m i ł o ś c i, ten odwróci się przejęty niezwyciężoną grozą... W człowieku jest tyle przerażającego!... Ziemia za długo już była domem wariatów!...
24.
- Kończę trzema znakami pytania, widać to dobrze. "Czy właściwie stawia się tu jakiś ideał, czy się go obala?" Takie spotka mnie może pytanie... Lecz czyście też siebie samych pytali dość, jak drogo opłaca się na ziemi wzniesienie k a ż d e g o ideału? Ile rzeczywistości trzeba było na to zawsze oczernić i nie zrozumieć, ile kłamstw uświęcić, ile sumień zburzyć, ile z "boga" każdym razem w ofierze złożyć? By móc jakąś świętość wznieść, t r z e b a j a k ą ś ś w i ę t o ś ć z b u r z y ć: to jest prawo - pokażcie mi wypadek, w którym by się nie spełniło!... My, ludzie nowocześni, jesteśmy spadkobiercami wiwisekcji sumienia i samodręczenia się zwierząt od tysiącleci: w tym mamy najdłuższe ćwiczenie, swój artyzm może, w każdym razie swe wyrafinowanie, swój smak zepsuty. Człowiek zbyt długo "złym spojrzeniem" obserwował swe przyrodzone skłonności, tak że ostatecznie zawarły w nim siostrzany związek z "nieczystym sumieniem". Usiłowanie odwrotne byłoby s a m o w s o b i e możliwe - lecz któż jest dość silny na to? - to jest, by n i e n a t u r a l n e skłonności, wszystkie owe aspiracje do zaświata, do tego, co przeciwne zmysłom, instynktowi, naturze, zwierzęciu, krótko, dotychczasowe ideały, które wszystkie razem wrogie są życiu i oczerniają ziemię, połączyć z nieczystym sumieniem siostrzanym związkiem. Do kogo zwrócić się dziś z takimi nadziejami i wymaganiami? ... Właśnie d o b r y c h ludzi miałoby się tym samym przeciw sobie; nadto, co słuszna, wygodnych, pojednanych, próżnych, marzycieli, znużonych... Cóż obraża głębiej, cóż rozdziela gruntowniej niż to, że się daje coś niecoś do poznania z surowości i wyżynności, z jaką traktuje się samego siebie? I znowu - jakże uprzedzającym, jakże uprzejmym dla nas okazuje się świat cały, skoro czynimy, jak świat cały i folgujemy sobie jak cały świat!... Potrzeba by do tego celu i n n e g o rodzaju duchów niż te, które w tym właśnie możliwe są okresie: duchów, przez wojny i zwycięstwa wzmocnionych, którym by zdobywanie, przygoda, niebezpieczeństwo, ból nawet, potrzebą się stały; trzeba by na to nawyknienia do ostrego, wysokiego powietrza, do zimowych wędrówek, do lodu i gór w każdym znaczeniu, trzeba by na to pewnego rodzaju wzniosłej złoby6, ostatecznego, najpewniejszego siebie zuchwalstwa poznania, które jest właściwe wszelkiemu zdrowiu, trzeba by, mówiąc krótko i dość źle, właśnie tego w i e l k i e g o z d r o w i a !... Lecz czyż to dziś właśnie jest choćby tylko możliwe?... Lecz kiedyś, w czasach silniejszych, niż ta zbutwiała, samozwątpiała teraźniejszość, musi się zjawić przecie ten w y z w a l a j ą c y człowiek wielkiej miłości i pogardy, duch twórczy, którego napór sił własnych ciągle wygania z wszelkich uboczy i zaświatów, którego samotności tłum nie rozumie, jak gdyby ona była ucieczką przed rzeczywistością; tymczasem jest ona tylko jego zanurzeniem się, zagrzebaniem, zagłębieniem w rzeczywistość, by stamtąd kiedyś, gdy znowu wróci na światło, mógł w y z w o l e n i e przynieść tej rzeczywistości: jej wyzwolenie od przekleństwa, którym obarczył ją dotychczasowy ideał. Ten człowiek przyszłości, który nas tak samo od dotychczasowego wyzwoli ideału, jak i od tego, co z e ń w y r ó ś ć m u s i a ł o, od wielkiego wstrętu, od woli nicości, od nihilizmu, ten dzwon bijący południa i wielkiego rozstrzygnięcia, dzwon, który wolę znów wolną uczyni, który wróci ziemi jej cel, a człowiekowi jego nadzieję, ten antychryst i antynihilista, ten zwycięstwa Boga i nicości - p r z y j ś ć k i e d y ś m u s i...
1.
Elend (niem.) - Nędza, bieda; dawniej: wygnanie.
2.
Vae victis (łac.) - Biada zwyciężonym.
3.
Nuance (fr.) - Odcień.
4.
Eugen Dühring -- 12 I 1833 Berlin - 21 IX 1921 Nowawes. Niemiecki filozof i ekonomista, zwolennik materializmu mechanistycznego, pozytywizmu i kantyzmu, głosił tzw. "etykę współczucia". Zajmował się też socjologią i teorią państwa. W działalności politycznej reprezentant socjalizmu drobnomieszczańskiego, znany ze swego patriotyzmu i antysemityzmu.
5.
Per analogiam (łac.) - Przez analogię.
6.
Złoba - Dawniej: złość, złośliwość.
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















