Satan.pl > Czytelnia > Nietzsche >[ Zaloguj się ]   [ Rejestracja ]
FelietonyEsejePublikacjeKontekstyKontakt

1| Rozprawa pierwsza. "Dobre i złe", "dobre i liche"

<poprzedni<  początek >następny>

1.

Ci angielscy psychologowie, którym też dotąd zawdzięczamy jedyne usiłowania doprowadzenia do jakiejś historii powstawania moralności - sami są dla nas niemałą zagadką; wyznam nawet, że właśnie z tego powodu, jako wcielone zagadki, górują czymś istotnym nad swymi książkami -  o n i   s a m i   s ą   z a j m u j ą c y ! Ci angielscy psychologowie - czegóż oni chcą właściwie? Znajdujemy ich, mniejsza - dobrowolnie czy niedobrowolnie, zawsze przy tym samym dziele, mianowicie wysuwających na pierwszy plan la partie honteuse1 naszego świata wnętrznego i szukających tego, co jest istotnie czynne, kierownicze i o rozwoju rozstrzygające, tam właśnie, gdzie duma intelektualna człowieka  ż y c z y ł a b y   s o b i e  znaleźć je najpóźniej (na przykład w vis inertiae2 nawyknienia lub w zapominawczości, lub w przypadkowym zadzierzganiu się i mechanice idei, lub w czymś czysto biernym, automatycznym, odruchowym, molekularnym i zasadniczo tępym). Cóż gna właściwie tych psychologów zawsze tylko w tym kierunku? Czy jest to tajemny, skrycie złośliwy, prostacki, przed samym sobą może niezdradzający się instynkt zmniejszania człowieka? Lub może jakaś pesymistyczna podejrzliwość, nieufność rozczarowanych, sposępniałych, zjadowiciałych i pozieleniałych idealistów? Lub małostkowa podziemna nieprzyjaźń i rancune3 przeciw chrześcijaństwu (i Platonowi), która może nawet nie wydostała się ponad próg świadomości? Lub czyżby aż chutne smakowanie w tym, co zadziwiające, boleśnie paradoksalne, wątpliwe i bezsensowne w istnieniu? Lub wreszcie - wszystkiego po trosze, nieco prostactwa, nieco sposępnienia, nieco przeciwchrześcijańskości, nieco łaskotki i potrzeby pieprzu?... Lecz słyszę, że są to po prostu stare, zimne, nudne żaby, które wkoło człowieka, we wnętrze człowieka włażą i skaczą, jak gdyby tu naprawdę były w swoim żywiole, to jest w swym  b a g n i e. Słucham tego odpornie, co więcej, nie wierzę temu: i jeśli pragnąć można, gdzie wiedzieć nie można, to pragnę z serca, by się odwrotnie rzecz z nimi miała - by ci badacze i mikroskopicy ducha byli w gruncie dzielnymi, wielkodusznymi i dumnymi zwierzami, które swe serce i ból swój na wodzy trzymać umieją i wychowały się po to, by wszelką pożądaność złożyć w ofierze prawdzie,  w s z e l k i e j  prawdzie, nawet prostackiej, cierpkiej, szkaradnej, wstrętnej, niechrześcijańskiej, niemoralnej prawdzie... Bo są takie prawdy. -

2.

Czołem więc przed dobrymi duchami, które w tych historykach moralności może władną! Lecz to pewna niestety, że zbywa im na samym  h i s t o r y c z n y m   d u c h u, że opuściły ich właśnie wszystkie dobre duchy samej historii! Wszyscy oni razem myślą, jak to już starym jest filozofów zwyczajem, z  g r u n t u  niehistorycznie: to nie ulega wątpliwości. Partactwo ich genealogii moralności wychodzi od razu na jaw tam, gdzie trzeba wyśledzić pochodzenie pojęcia i oceny "dobry". "Pierwotnie - tak wyrokują - nieegoistyczne postępki chwalone były i zwane dobrymi przez tych, którym zostały wyświadczone, więc tych, którym były  p o ż y t e c z n e; później  z a p o m n i a n o  o tym źródle pochwały, a postępki nieegoistyczne dlatego po prostu, że z  p r z y z w y c z a j e n i a  chwalono je jako dobre, odczuwano też jako dobre - jak gdyby same w sobie były czymś dobrym". Widać od razu, że ten pierwszy wywód zawiera prawie wszystkie typowe rysy idiosynkrazji psychologów angielskich - mamy "pożyteczność", "zapomnienie", "przyzwyczajenie" i w końcu "błąd", wszystko jako podwalina oceny wartości, z której człowiek wyższy był dotąd przeważnie dumny, jako z pewnego rodzaju przywileju człowieka. Ta duma winna być upokorzona, ta ocena wartości pozbawiona wartości: czy osiągnięto to?... Otóż dla mnie jasne jest najpierw, że teoria ta szuka i umieszcza w miejscu fałszywym właściwe ognisko powstania pojęcia "dobry": sąd "dobry" ni e od tych pochodzi, którym się "dobro" wyświadcza! To raczej sami "dobrzy", to znaczy dostojni, możni, wyżsi stanowiskiem i duchem odczuwali i oznaczali siebie samych i swą działalność jako dobrą, to jest wyższą, w przeciwstawieniu do wszystkiego, co niskie, małoduszne, pospolite i gminne. Z tego  p a t o s u   o d l e g ł o ś c i  dobyli sobie dopiero prawo stwarzania wartości, wykuwania mian wartości. Cóż obchodziła ich pożyteczność! Punkt widzenia pożyteczności jest właśnie w stosunku do tak gorącego wypływu najwyższych porządkujących i stopniujących ocen wartości tak obcy i nieodpowiedni, jak tylko być może: tu doszło właśnie uczucie do przeciwieństwa owego niskiego stopnia ciepłoty, który każda wyrachowana roztropność, każdy calcul użyteczności z góry każe przypuszczać - i to nie na jeden raz, nie na godzinę wyjątku, lecz na długie trwanie. Patos dostojności i odległości, jak się rzekło, trwałe i dominujące zbiorowe i podstawowe uczucie wyższego i władnącego gatunku względem gatunku niższego, pewnego "u dołu" - otóż  t o  jest źródłem przeciwstawienia pojęć "dobre " i "złe". (Pańskie prawo nadawania nazw sięga tak daleko, żeby należało sobie pozwolić pojmować źródło samej mowy jako przejaw mocy panujących; mówią oni: "to  j e s t  tym a tym", pieczętują każdą rzecz i zdarzenie dźwiękiem i przez to niejako biorą je w posiadanie). Z tego pochodzenia wynika, że słowo "dobry" wcale nie wiąże się z góry koniecznie z nieegoistycznymi postępkami: jak to jest zabobonem owych genealogów moralności. Raczej dopiero  z a   u p a d k u  arystokratycznej oceny wartości narzuca się całe przeciwstawienie "egoistyczny", "nieegoistyczny" ludzkiemu sumieniu, a z nim, aby wyrazić się moim językiem,  i n s t y n k t   s t a d n y  dochodzi w końcu do słowa (także  d o   s ł ó w). A i wtedy wiele czasu jeszcze minie, zanim ten instynkt w tej mierze się spanoszy, że moralna ocena wartości zaczepi się właśnie o to przeciwstawienie i utknie (jak to na przykład stało się we współczesnej Europie: panuje dziś przesąd, który pojęcia "moralny", "nieegoistyczny", desintéressé, za równowartościowe uważa, już z siłą idée fixe i kołowacizny).

3.

Po wtóre jednak, pomijając zupełnie niemożność historycznego ocalenia owej hipotezy o pochodzeniu oceny "dobry", choruje ona na psychologiczny nonsens w sobie samej. Pożyteczność nieegoistycznego postępku ma być źródłem jego pochwały i źródło to miało pójść w  z a p o m n i e n i e: jakże to zapomnienie jest choćby tylko  m o ż l i w e ? Czy może pożyteczność takich postępków ustała kiedykolwiek? Rzecz ma się przeciwnie: ta pożyteczność była, owszem, codziennym doświadczeniem wszystkich czasów, więc czymś, co ustawicznie zawsze na nowo było podkreślane; przeto zamiast zniknąć ze świadomości, zamiast utonąć w zapomnieniu, musiała się wtłaczać w świadomość z coraz większą wyrazistością. O ile rozsądniejsza jest owa przeciwna teoria (nie jest dlatego prawdziwsza -), której przedstawicielem jest na przykład Herbert Spencer, uważający pojęcie "dobry" za równe w istocie swej pojęciu "pożyteczny", "celowy", tak, że w ocenach "dobry" i "zły" ludzkość zsumowałaby i uświęciła właśnie swe  n i e z a p o m n i a n e   i   n i e z a p o m i n a l n e  doświadczenia co do pożytecznie - celowego, szkodliwie -bezcelowego. Dobre jest wedle tej teorii to, co się z dawien dawna pożytecznym okazało i może w ten sposób jako "cenne w najwyższym stopniu", "cenne w samym sobie" utrzymać swe znaczenie. I ta droga wyjaśnienia jest, jak się rzekło, fałszywa, lecz przynajmniej wyjaśnienie to samo w sobie jest rozumne i da się psychologicznie obronić. -

4.

- Wskazówką ku  w ł a ś c i w e j  drodze było mi pytanie, co mają właściwie ukute przez rozmaite języki pojęcia "dobrego" oznaczać pod względem etymologicznym: wtedy odkryłem, że wszystkie społem naprowadzają na  t ę   s a m ą   p r z e m i a n ę   p o j ę ć, że wszędzie "dostojny", "szlachetny" w stanowym znaczeniu jest podstawowym pojęciem, z którego rozwija się nieodparcie pojęcie "dobry" w znaczeniu duchowo "dostojny", "szlachetny", "dobrze urodzony", "duchowo uprzywilejowany". Rozwój ten biegnie równolegle z owym drugim, który pojęcia "pospolity", "gminny", "niski" przedzierzga ostatecznie w pojęcie "zły". (...).

5.

Co do  n a s z e g o  problematu, który z powodów słusznych  c i c h y m  problematem nazwany być może i wybrednie ku nielicznym jeno zwraca się uszom, nie będzie rzeczą małej wagi stwierdzić, że częstokroć jeszcze w słowach i źródłosłowach, oznaczających "dobry", prześwieca ten rys główny, po którym dostojni poczuwali się właśnie ludźmi wyższego rzędu. Wprawdzie zwą siebie może w najczęstszych wypadkach po prostu wedle swej wyższości pod względem mocy ("możnowładcami", "panami", "rozkazodawcami") lub wedle najwidoczniejszych oznak tej wyższości, na przykład "bogatymi", "posiadającymi" (takie znaczenie ma wyraz  a r i a; odpowiednio też w erańskim i słowiańskim). Lecz także wedle  t y p o w e g o   r y s u   c h a r a k t e r u; i ten to wypadek tu nas obchodzi. Nazywają się na przykład "prawdomównymi"; naprzód szlachta grecka, której wyrazem jest megaryjski poeta Teognis. Ukuty na to wyraz έσθλός4 oznacza wedle źródłosłowu tego, który  j e s t, który posiada rzeczywistość, który jest naprawdę, który jest prawdziwy i potem przez zwrot subiektywny prawdziwego jako prawdomównego. W tej fazie przemiany pojęcia staje się to słowo hasłem i odzewem szlachty i przybiera całkowicie znaczenie "szlachecki", dla odgraniczenia od  k ł a m l i w e g o  pospolitego człowieka, jak go pojmuje i przedstawia Teognis (...). W słowie κακός5 jak i δειλός6 (plebejusz w przeciwieństwie do άγαθός7) podkreślona jest tchórzliwość: to może daje wskazówkę, w którym kierunku trzeba szukać etymologicznego pochodzenia dającego się różnie wykładać άγαθός. W łacinie malus8 (obok którego stawiam μέλας9), mogło określać człowieka pospolitego jako ciemnobarwnego, przede wszystkim jako ciemnowłosego (hic niger est10 -) jako przedaryjskiego tubylca na ziemi italskiej, który barwą odcinał się od doszłych do władzy zdobywców płowej, aryjskiej rasy. Przynajmniej język gaelijski podał mi dokładnie odpowiadający wypadek - fin (na przykład w nazwie Fin-Gal), słowo odróżniające szlachtę, w końcu znaczące dobry, szlachetny, czysty, pierwotnie płowogłowy, w przeciwstawieniu do ciemnych, czarnowłosych pramieszkańców. (...).

6.

W tym prawidle, że pojęcie polityczne pierwszeństwa przechodzi zawsze w pojęcie duchowe pierwszeństwa, nie stanowi jeszcze wyjątku (acz do wyjątków daje sposobność), jeśli najwyższa kasta jest zarazem kastą  k a p ł a ń s k ą  i stąd dla wspólnego swego określenia wysuwa na czoło orzeczenie, przypominające jej funkcję kapłańską. Tu przeciwstawiają się na przykład po raz pierwszy "czysty" i "nieczysty" jako oznaki stanowe. I także tu dochodzi później pewne "dobrze" i "źle" już nie w znaczeniu stanowym do rozwoju. (...) Już od początku jest coś  n i e z d r o w e g o  w takich arystokracjach kapłańskich i w panujących tam, odwróconych od działania, po części w zadumie pogrążonych, po części uczuciowo-wybuchowych nawyknieniach, których następstwem wydaje się owa, czepiająca się nieuchronnie kapłanów wszystkich czasów, chorowitość kiszek i neurastenia. O tym jednak, co oni sami jako lekarstwo przeciw chorowitości tej wynaleźli, czyż nie można rzec, że w końcu w swych skutkach późniejszych okazało się stokroć niebezpieczniejszym od choroby, z której miało wyzwolić? Nawet ludzkość odchorowywa jeszcze następstwa tych kapłańskich naiwności kuracyjnych! Pomyślmy na przykład o pewnych formach diety (unikanie mięsa), o poście, o wstrzemięźliwości płciowej, o ucieczce "na pustynię" (Weir Mitchellowska11 izolacja, oczywiście bez następującego po niej tuczenia i bez przekarmiania, w których tkwi najskuteczniejszy antydot przeciw wszelkiej histerii ideału ascetycznego), wliczywszy w to całą wrogą zmysłom, powodującą gnicie i wyrafinowanie metafizykę kapłanów, ich samohipnotyzowanie na sposób fakira i bramina - braman, używane jako guzik szklany i idée fixe12 - i ostateczny zbyt łatwy do pojęcia ogólny dosyt ze swoją radykalną kuracją, nicością (lub Bogiem: pożądanie owej unio mystica13 z Bogiem jest pożądaniem buddystów, skierowanym ku nicości, nirwanie - i niczym więcej!). U kapłanów staje się właśnie  w s z y s t k o niebezpieczniejszym, nie tylko środki kuracyjne i sztuki lecznicze, lecz i pycha, zemsta, bystrość, wybujałość, miłość, żądza panowania, cnota, choroba. Istotnie, z pewną słusznością można by też dodać, że dopiero na gruncie tej  z a s a d n i c z o   n i e b e z p i e c z n e j  formy istnienia człowieka, formy kapłańskiej, stał się człowiek w ogóle  z w i e r z ę c i e m   z a j m u j ą c y m, że dopiero tu posiadła dusza ludzka w pewnym wyższym znaczeniu  g ł ą b  i stała się  z ł a  - a to są przecie dwie zasadnicze formy dotychczasowej wyższości człowieka nad resztą zwierząt!...

7.

- Czytelnik odgadł już zapewne, jak łatwo kapłańska ocena wartości może się od rycersko-arystokratycznej odgałęzić i potem dalej rozwijać w jej przeciwieństwo. W szczególności bodźcem do tego za każdym razem jest, jeśli kasta kapłańska i wojownicza zazdroszczą sobie wzajem i nie chcą się zgodzić ze sobą na punkcie ceny. Założeniem ocen rycersko-arystokratycznych jest potężna cielesność, kwitnące, bogate, nawet przelewne zdrowie, a zarazem to, co jest warunkiem ich utrzymania, więc wojna, przygody, łowy, taniec, igrzyska i w ogóle wszystko, w czym tkwi silna, swobodna, radosna czynność. Kapłańsko-dostojna ocena wartości ma - jak widzieliśmy - inne warunki: dosyć złe dla niej, jeśli o wojnę chodzi! Kapłani są, jak wiadomo,  n a j g o r s z y m i   w r o g a m i  - czemuż to? Bo są najbezsilniejsi. Z niemocy wyrasta w nich zawiść do potworności niepokojącej, do najwyższej duchowości i jadowitości. W historii świata najbardziej nienawidzili zawsze kapłani, nienawidzili zarazem najgenialniej: wobec ducha zemsty kapłańskiej wszelki inny duch nie wchodzi w ogóle w rachubę. Dzieje ludzkie byłyby zbyt głupią sprawą bez tego ducha, którego w nie tchnęli bezsilni: weźmy w tej chwili największy przykład. Wszystko, co przedsiębrano na ziemi przeciwko "dostojnym", "gwałcicielom", "panom", "dzierżycielom mocy", nie warte słowa w porównaniu z tym, co przeciwko nim  Ż y d z i  zdziałali; Żydzi, ten lud kapłański, który na wrogach swoich i gwałcicielach umiał sobie zdobyć ostateczne zadośćuczynienie tylko przez radykalną przemianę ich wartości, więc przez akt  z e m s t y   n a j b a r d z i e j   d u c h o w e j. Tak jedynie przystało właśnie narodowi kapłańskiemu, narodowi najbardziej zaczajonej mściwości kapłańskiej. Żydzi to przeciwko arystokratycznemu zrównaniu wartości: (dobry = dostojny = możny = piękny = szczęśliwy = bogumiły) odważyli się z przejmującą lękiem konsekwencją na przewrót i zębami otchłannej nienawiści (nienawiści bezsilnych) utrzymali go, mianowicie, że "nędzni jedynie są dobrzy; biedni, bezsilni, niscy są jedynie dobrzy; cierpiący, niedostatni, chorzy, szkaradni są jedynie niewinni, jedynie błogosławieni, dla nich tylko jest zbawienie - wy zaś, dostojni i gwałciciele, na wieki wieków jesteście źli, okrutni, rozpustni, nienasyceni, bezbożni, wy też na wieki będziecie zgubieni, przeklęci, potępieni!"... Wiadomo,  k t o  wziął w spadku tę żydowską przemianę wartości... Co się tyczy potwornej i ponad wszelką miarę fatalnej inicjatywy, którą dali Żydzi tym najbardziej zasadniczym z wszystkich wyzywów wojennych, to przypominam zdanie, które przy innej wypowiedziałem sposobności, że mianowicie ze zjawieniem się Żydów zaczyna się  b u n t   n i e w o l n i k ó w   n a   p o l u   m o r a l n o ś c i, ów bunt, który dwutysiączne ma za sobą dzieje i który dlatego jedynie usunął się nam dziś sprzed oczu, bo - zwyciężył...

9.

- Lecz po cóż tu mówić jeszcze o  d o s t o j n i e j s z y c h  ideałach! Trzymajmyż się faktów: zwyciężył lud - czyli "niewolnicy", czyli "motłoch", czyli "stado" lub jak wam się wreszcie nazwać podoba. Skoro przez Żydów to się dokonało, dobrze! Żaden tedy lud nie miał bardziej wszechdziejowej misji. "Panowie" strąceni; moralność człowieka pospolitego zwyciężyła. Można zwycięstwo to uważać za zatrucie krwi (pomieszało ze sobą wszystkie rasy) - nie sprzeciwiam się; niewątpliwie jednak zatrucie to  u d a ł o   s i ę. "Wybawienie" rodzaju ludzkiego (mianowicie od "panów") jest na najlepszej drodze; wszystko w oczach żydzieje, lub chrześcijanieje, lub gminnieje (cóż zależy na słowach!). Postęp tej trucizny skroś całe ciało ludzkości zda się niepowstrzymanym, jego tempo i krok mogą nawet teraz stawać się coraz wolniejsze, delikatniejsze, cichsze, uważniejsze - wszak czasu dość... Czy Kościołowi na drodze do tego celu przypada dziś jeszcze jakieś  k o n i e c z n e  zadanie, w ogóle jeszcze jakieś prawo do istnienia. Czy by też można obejść się bez niego? Quaeritur14. Zdaje się, że hamuje on raczej i wstrzymuje ów postęp, miast go przyspieszać? Otóż właśnie w tym mogłaby być jego pożyteczność... Zapewne, jest on właśnie czymś grubym i chamskim, co sprzeciwia się wytworniejszej inteligencji, prawdziwie współczesnemu smakowi. Czyżby nie powinien się przynajmniej nieco wyrafinować?... Odpycha dziś raczej, niż uwodzi... Któż by z nas był duchem wolnym, gdyby nie było Kościoła? "Mamy odrazę do Kościoła, nie do trucizny... Pominąwszy kościół, lubimy i my truciznę..." - Oto do mej przemowy epilog "ducha wolnego", zacnego zwierzęcia, jak to dostatecznie okazał, ponadto demokraty; przysłuchiwał mi się dotąd i nie mógł wytrzymać, żem milczał. Ja bowiem mam w tym miejscu wiele do przemilczenia. -

10.

- Bunt niewolników na polu moralności zaczyna się tym, że ressentiment15 samo twórczym się staje i płodzi wartości: ressentiment takich istot, którym właściwa reakcja, reakcja czynu jest wzbroniona i które wynagradzają ją sobie tylko zemstą w imaginacji. Podczas gdy wszelka moralność dostojna wyrasta z tryumfującego potwierdzenia siebie samej, moralność niewolnika mówi z góry "nie" wszystkiemu, co "poza nim", co "inne", co nie jest "nim samym": i to "nie" jest jej czynem twórczym. To odwrócenie ustanawiającego wartości spojrzenia - ten  k o n i e c z n y  kierunek na zewnątrz, miast wstecz ku samemu sobie - jest właśnie właściwe uczuciu ressentiment. Moralność niewolników, by powstać, potrzebuje najpierw zawsze świata przeciwnego i zewnętrznego, potrzebuje, mówiąc fizjologicznie, podniet zewnętrznych, by w ogóle działać - jej akcja jest z gruntu reakcją. Przeciwnie dzieje się z dostojną oceną wartości: działa ona i rośnie spontanicznie, wynachodzi jeno swoje przeciwieństwo, by siebie z tym większą wdzięcznością, tym radośniej potwierdzić - jej negatywne pojęcie "niski", "pospolity", "zły" jest tylko później zrodzonym, bladym, kontrastowym obrazem w stosunku do jej pozytywnego, na wskroś życiem i namiętnością przepojonego, zasadniczego pojęcia: "my dostojni, my dobrzy, my piękni, my szczęśliwi!" Jeśli dostojna ocena wartości targnie się i zgrzeszy przeciw rzeczywistości, to dzieje się to w stosunku do sfery, która nie jest jej dostatecznie znana, owszem przeciw której prawdziwemu poznaniu broni się ona ostro: nie rozumie w danym razie pogardzanej przez siebie sfery, sfery pospolitego człowieka, niskiego gminu; z drugiej strony należy rozważyć, że w każdym razie uczucie pogardy, spoglądania w dół, spoglądania z góry, zgodziwszy się nawet na to, że  f a ł s z u j e  obraz pogardzanego, dalekim pozostanie od fałszerstwa, którego zepchnięta nienawiść, zemsta bezsilnego dopuszcza się - oczywiście in effigie16 - względem swego przeciwnika. W rzeczy samej miesza się do pogardy zbyt wiele niedbałości, zbyt wiele lekceważenia, zbyt wiele odwracania oczu i zniecierpliwienia, nawet zbyt wiele własnego uradowania, by zdolna była przemienić swój przedmiot w istotną karykaturę i potwora. Należy wsłuchać się w przychylne prawie odcienie, wkładane na przykład przez szlachtę grecką we wszystkie słowa, którymi odróżnia od siebie motłoch, jak się w nie miesza ustawicznie i jak ocukrza je pewien rodzaj pożałowania, względności, wyrozumiałości, aż w końcu prawie wszystkie słowa, pospolitemu przypadające człowiekowi, pozostały ostatecznie jako wyrazy na "nieszczęśliwy", "pożałowania godny" (...). "Dobrze urodzeni" czuli się właśnie "szczęśliwymi"; nie musieli dopiero przez spojrzenie, skierowane na wrogów swych, konstruować sztucznie swojego szczęścia, w danym razie wmawiać,  w k ł a m y w a ć  (jak to wszyscy ludzie opanowani przez ressentiment czynić zwykli); i umieli również, jako zupełni, siłą uposażeni, przeto z  k o n i e c z n o ś c i  czynni ludzie, nie oddzielać działania od szczęścia (...) wszystko to w zupełnym przeciwieństwie do "szczęścia" na szczeblu bezsilnych, uciskanych, owych od jadowitych i nieprzyjaznych uczuć ropiejących ludzi, u których występuje ono zasadniczo jako narkoza, ogłuszenie, spoczynek, pokój, "sabat", odprzężenie umysłu i wyciągnięcie członków, słowem  b i e r n i e. Podczas, gdy człowiek dostojny żyje ufnie i otwarcie przed samym sobą (...), to człowiek opanowany przez ressentiment nie jest ani szczery, ani naiwny, ani z samym sobą uczciwy i otwarty. Jego dusza  z e z u j e; duch jego kocha schówki, kryjome dróżki i wrota od tyłu; wszystko, co skryte, ma powab dla niego, jak  j e g o  świat,  j e g o  pewność,  j e g o  uciecha; zna się on na milczeniu, na niezapominaniu, na czekaniu, na tymczasowym zmniejszaniu się i upokarzaniu. Rasa takich, opanowanych przez ressentiment ludzi, stanie się w końcu z konieczności  r o z t r o p n i e j s z a, niż jakakolwiek inna rasa dostojna, będzie też czcić roztropność w zgoła innej mierze: mianowicie jako pierwszorzędny warunek istnienia, podczas gdy w ludziach dostojnych ma roztropność lekką, wykwintną przymieszkę zbytku i wyrafinowania. Jest ona bowiem w nich daleko mniej zasadnicza, niż doskonała pewność funkcji regulujących instynktów  n i e ś w i a d o m y c h, lub nawet pewna nieroztropność, pewne dzielne gnanie na oślep czy to ku niebezpieczeństwu, czy to na wroga, lub owa marzycielska nagłość gniewu, miłości, czci, wdzięczności i zemsty, po których wszelkiego czasu poznawały się dusze dostojne. Nawet ressentiment dostojnego człowieka, jeśli się pojawia w nim, spełnia się i wyczerpuje w natychmiastowej reakcji, dlatego nie  z a t r u w a: z drugiej strony nie występuje ono wcale w niezliczonych wypadkach, w których nieuniknione jest u wszystkich słabych i bezsilnych. Nie móc zbyt długo pamiętać swoich wrogów, swoich przykrości, nawet swoich  z ł o c z y n ó w - to oznaka silnych, pełnych natur, w których jest nadwyżka plastycznej, kształtującej, gojącej i zapomnieniem darzącej siły (dobrym tego przykładem z nowoczesnego świata jest Mirabeau17, któremu się nie trzymały pamięci żadne wyrządzone mu obelgi i podłości, i który tylko dlatego nie mógł przebaczać, bo - zapominał). Taki człowiek właśnie otrząsa z siebie jednym podrzutem wiele robactwa, które się w innych wżera i w nim jedynie jest możliwa - przypuściwszy, że jest w ogóle na ziemi możliwa - właściwa "m i ł o ś ć  dla swoich wrogów". Ileż już czci dla swego wroga ma człowiek dostojny! - a taka cześć jest już mostem do miłości... On pragnie przecie wroga swego dla siebie, jako swego odznaczenia, on nie zniesie przecie żadnego innego wroga, tylko takiego, w którym nie ma nic do pogardzania, a  b a r d z o   w i e l e  do czczenia! Natomiast przedstawcie sobie "wroga" jak go pojmuje człowiek opanowany przez ressentiment - i w tym właśnie jest jego czyn, jego twórczość: powziął on koncepcję "złego wroga", "z ł e g o", i to jako zasadnicze pojęcie, z którego, jako odbicie i przeciwieństwo, wymyśli sobie "dobrego" - samego siebie!...

11.

Zgoła więc przeciwnie, niż u dostojnego, który koncypuje zasadnicze pojęcie "dobry" naprzód i spontanicznie, mianowicie z samego siebie i stąd dopiero stwarza sobie wyobrażenie "lichy"! To "lichy" pochodzenia dostojnego i owo "zły" z kotła nienasyconej nienawiści - pierwsze jako twór późniejszy, przystawka, barwa dopełniająca, drugie natomiast jako oryginał, początek, właściwy  c z y n  w pojęciu moralności niewolniczej - jakże różne są te oba, pozornie temu samemu pojęciu "dobry" przeciwstawione słowa "lichy" i "zły". Lecz to  n i e  jest to samo pojęcie "dobry": raczej zapytać przecie należy,  k t o  jest właściwie "zły" w znaczeniu moralności opanowanej przez ressentiment. Najściślejsza odpowiedź: właśnie "dobry", przeciwnej moralności, właśnie dostojny, możny, władnący, tylko przebarwiony, przeinaczony, na wywrót widziany jadowitym okiem, którym patrzy ressentiment. Tutaj jednemu bynajmniej nie chcemy przeczyć: kto tych "dobrych" poznał tylko jako wrogów, poznał też tylko  z ł y c h   w r o g ó w. Ci sami ludzie, którzy dzięki obyczajowi, czci, zwyczajowi, wdzięczności, a bardziej jeszcze przez wzajemne strażowanie się i zazdrość inter pares18  tak surowo trzymają się w karbach i którzy z drugiej strony w stosunku do siebie okazują się tak wynalazczymi na punkcie względności, panowania, nad sobą, delikatności, wierności, dumy i przyjaźni - ci sami są na zewnątrz, tam, gdzie się zaczyna, co obce,  o b c z y z n a, niewiele lepsi, niż wypuszczone drapieżce. Tam używają zwolnienia od wszelkiego przymusu społecznego, w puszczy wynagradzają sobie napięcie, spowodowane długim zamknięciem i ujęciem w płoty pokoju,  p o w r a c a j ą  ku niewinności sumienia drapieżców, jako radosne potwory, które może po okropnym szeregu mordów, podpaleń, zgwałceń i znęcań się odchodzą z junactwem i równowagą duchową, jakby spełnili jeno psotę uczniacką, w przekonaniu, że poeci znów na długo będą mieli co opiewać i sławić. Na dnie wszystkich tych ras dostojnych nie należy przeoczać drapieżcy, tej wspaniałej, za zdobyczą i zwycięstwem lubieżnie węszącej  p ł o w e j   b e s t i i; dla tego ukrytego podłoża potrzeba co pewien czas wyładowania, zwierzę musi na wierzch się wydobyć, musi znów wrócić do puszczy: szlachta rzymska, arabska, germańska, japońska, bohaterowie homeryczni, skandynawscy wikingowie - wszyscy jednako czuli tę potrzebę. Właśnie rasy dostojne pozostawiły pojęcie "barbarzyńcy" na wszystkich śladach swojego pochodu. Jeszcze najwyższa ich kultura zdradza świadomość tego i nawet dumę (na przykład, gdy Perykles mówi Ateńczykom, w owej sławnej mowie pogrzebowej, "Ku wszystkim lądom i morzom utorowała sobie drogę śmiałość nasza, wznosząc sobie wszędzie nieprzemijające pomniki dobrego i  z ł e g o"). Ta "śmiałość" ras dostojnych, szalona, niedorzeczna, nagła w swym wyjawie, ta nieobliczalność, nawet nieprawdopodobieństwo jej przedsięwzięć (...) obojętność i pogarda dla bezpieczeństwa, ciała, życia, wygody, jej przerażająca pogoda i głęboka rozkosz we wszelkim niszczeniu, we wszystkich uciechach zwycięstwa i okrucieństwa - wszystko to składało się dla cierpiących z tego powodu na obraz "barbarzyńcy", "złego wroga", coś jakby "Gota", "Wandala". (...) Zgodziwszy się na to, iż prawdziwe jest, co się dziś i tak za "prawdę" uważa, że  z n a c z e n i e   w s z e l k i e j   k u l t u r y  leży właśnie w tym, by z drapieżnego zwierzęcia "człowieka" wyhodować obłaskawione, cywilizowane zwierzę,  z w i e r z ę   d o m o w e, to by należało bezsprzecznie wszystkie owe instynkty reakcji i ressentiment, z których pomocą szczepy dostojne i ich ideały zostały w końcu zhańbione i przemożone, uważać za właściwe  n a r z ę d z i a   k u l t u r y; przez co wcale jeszcze nie powiedziano, jakoby  i c h   p r z e d s t a w i c i e l e  byli zarówno wyobrazicielami samej kultury. Raczej coś przeciwnego byłoby nie tylko prawdopodobne - nie! Jest to dziś  o c z y w i s t e ! Ci przedstawiciele owych w dół gniotących, dyszących żądzą odwetu instynktów, ci potomkowie wszelkiego europejskiego i nieeuropejskiego niewolnictwa, w szczególności wszelkiej ludności przedaryjskiej - oni przedstawiają  c o f a n i e   s i ę  ludzkości! Te "narzędzia kultury" są hańbą człowieka i raczej podejrzeniem, przeciwdowodem względem "kultury" w ogóle! Można mieć zupełną słuszność, jeśli ktoś nie może się wyzbyć obawy przed płową bestią na dnie wszelkich ras dostojnych i ma się na baczności. Lecz któż by po stokroć nie wolał bać się, jeśli zarazem podziwiać może, niż  n i e  bać się, lecz przy tym nie móc pozbyć się bardziej odrażającego widoku nieudaności, zmniejszenia, zniedołężnienia, zatrucia? A czyż nie jest to  n a s z a  fatalność? Cóż wywołuje dziś  n a s z ą  niechęć ku "człowiekowi"? - Bo człowiek nam  d o l e g a, to niewątpliwe. - Nie obawa; raczej to, że nie mamy już czego bać się w człowieku; że to robactwo "człowiek" na pierwszym jest planie i mrowi się; że "człowiek obłaskawiony", ten nieuleczalnie mierny i niepokrzepiający, nauczył się już czuć siebie celem i szczytem, myślą dziejów, "człowiekiem wyższym"; ba, że ma pewne prawo czuć się takim, o ile w przerwach nadmiaru nieudaności, chorowitości, znużenia, przeżycia, którym Europa dziś śmierdzieć poczyna, czuje się czymś przynajmniej względnie udanym, przynajmniej jeszcze zdolnym do życia, przynajmniej życiu przyświadczającym...

13.

- Jednak zawróćmy: problemat  i n n e g o  początku "dobrego", dobrego jak go wymyślił sobie człowiek opanowany przez ressentiment, domaga się skończenia. - Że jagnięta czują urazę do wielkich ptaków drapieżnych, to nie dziwota: lecz to jeszcze nie powód, by brać za złe wielkim ptakom drapieżnym, że porywają małe jagnięta. A jeśli jagnięta mówią między sobą: "te ptaki drapieżne są złe; a jagnię, które jest jak najmniej ptakiem drapieżnym, owszem jego przeciwieństwem - nie miałożby być dobrem?", to nie można takiemu postawieniu ideału nic zarzucić, jakkolwiekby ptaki drapieżne nieco szyderczo na to spoglądały i może mówiły sobie: "my nie gniewamy się na nie, na te dobre jagnięta, kochamy je nawet: nie ma nic smaczniejszego nad delikatne jagnię". - Żądać od siły, by objawiała się  n i e  jako siła, aby nie była chęcią przemożenia, chęcią obalenia, chęcią owładnięcia, pragnieniem wrogów i oporów i tryumfów, jest równie niedorzeczne, jak żądać od słabości, by objawiała się jako siła. Pewne quantum19 siły jest właśnie takim quantum popędu woli, działania - owszem, nie jest niczym innym, jak właśnie samym popędem, chceniem, działaniem, a inaczej zdawać się może tylko dzięki zwodniczości mowy (i skamieniałym w niej zasadniczym błędom rozumu), która wszelkie działanie rozumie jako uwarunkowane tym, co działa, "podmiotem" i mylnie rozumie. Tak samo bowiem, jak lud oddziela błyskawicę od jej światła i to ostatnie uważa jako jej  c z y n n o ś ć, jako działanie podmiotu, który się zwie błyskawicą, tak moralność tłumu także oddziela siłę od zewnętrznych siły objawów, jak gdyby poza silnym istniało obojętne podścielisko, któremu jest  p o z o s t a w i o n e   d o   w o l i, objawiać siłę, lub też nie. Lecz nie ma takiego podścieliska; nie ma żadnego "bytu" poza czynieniem, działaniem, stawaniem się; "czyniciel" jest tylko zmyśleniem do czynienia dodanym - czynność jest wszystkim. Tłum podwaja w gruncie czynność, każąc błyskawicy świecić; (...). Cóż za dziwota, gdy upośledzone, skrycie tlące uczucia, zemsta i nienawiść, wyzyskują dla siebie tę wiarę i w gruncie nie zachowują nawet żadnej wiary żarliwiej, niż tę, że jest  p o z o s t a w i o n e   w o l i   s i l n e g o  być słabym, a drapieżnemu ptakowi jagnięciem: zyskują tym przecie wobec siebie samych prawo  w i n i e n i a  ptaka drapieżnego, że jest ptakiem drapieżnym... Jeśli uciśnieni, zdeptani, przemocą zgnębieni z mściwej chytrości bezsiły wmawiają w siebie: "Pozwólcie nam być innymi, niż źli, to jest dobrymi! A dobrym jest każdy, kto nie działa przemocą, kto nikogo nie zadraśnie, nikogo nie zaczepi, nikomu nie odpłaci w odwecie, który zemstę bogu przekazuje, który jak my trzyma się w ukryciu, który wszystkiemu złemu schodzi z drogi i w ogóle mało wymaga od życia, podobnie, jak my, cierpliwi, pokorni, sprawiedliwi" - nie znaczy to, dla słuchających na zimno i bez uprzedzenia, właściwie nic innego, niż: "My, słabi, jesteśmy niestety słabi, dobrze jest, jeśli nie czynimy nic,  d o   c z e g o   n i e   j e s t e ś m y   d o ś ć   s i l n i". Lecz ten cierpki stan rzeczy, ta roztropność najniższego rzędu, którą mają nawet owady, (przecie udają martwość, by nie "za wiele" czynić wobec wielkiego niebezpieczeństwa), przybrała dzięki owemu fałszerstwu i samoobłudzie bezsilny strój pełnej zaparcia się, cichej, wyczekującej cnoty, jak gdyby słabość słabego - to znaczy przecie jego  i s t o t a, jego działanie, jego nieunikniona, nieodłączna rzeczywistość - była dobrowolnym wysiłkiem, czymś chcianym, czymś z wyboru,  c z y n e m,  z a s ł u g ą. Temu rodzajowi człowieka  p o t r z e b a  wiary w obojętny, mający wolność wyboru "podmiot", z instynktu samozachowawczości, samopotwierdzenia, w którym każde kłamstwo uświęcać się zwykło. Podmiot (lub, by rzec popularnie,  d u s z a) był może dlatego dotychczas na ziemi najlepszą podwaliną wiary, że przeważnej liczbie śmiertelnych, słabym i uciemiężonym wszelkiego rodzaju, umożliwiał owo wzniosłe oszustwo samych siebie, wykładające nawet słabość jako wolność, a to, że są tacy, nie inni, jako  z a s ł u g ę.

14.

- Czy chce kto spojrzeć nieco w dół, w serce tajemnicy, jak się na ziemi takie  f a b r y k u j e   i d e a ł y ? Kto ma odwagę ku temu?... Nuże więc! Oto otwarta oku droga w ten ciemny warsztat. Poczekaj pan jeszcze chwilkę, mój panie wścibski i śmiałku. Pańskie oko musi przywyknąć wpierw do tego ułudnego, mieniącego się światła... Tak! Dość! Mów pan teraz! Cóż się tam w dole dzieje? Wypowiedz, co widzisz, człeku o najniebezpieczniejszej ciekawości - teraz j a będę się przysłuchiwał. -

- Nie widzę nic, słyszę tym więcej. Jakieś przezorne, chytre, ciche mruczenie i szeptanie ze wszystkich kątów i zakątków. Zdaje mi się, że kłamią; cukrowa słodycz oblepia dźwięk każdy. Mają słabość na  z a s ł u g ę  łgarstwem przenicować, nie ulega wątpieniu - rzecz ma się, jakeś pan mówił...

- Dalej!

- A niemoc, nieszukającą odwetu, na "dobroć"; trwożliwą niskość na "pokorę"; uległość wobec tych, których się nienawidzi, na "posłuszeństwo" (mianowicie względem tego, o którym mówią, że nakazuje uległość - nazywają go Bogiem). Brak zaczepności w słabym, nawet tchórzostwo, w które jest bogaty, jego wystawanie u drzwi, nieunikniony dlań mus czekania, dochodzą tu do pięknego imienia jako "cierpliwość", to też zwie się samą  c n o t ą; niemożność zemsty zwie się niechceniem zemsty, może nawet przebaczeniem ("bo  o n i  nie wiedzą, co czynią - my jedynie wiemy, co  o n i  czynią!"). Mówią tu też o "miłości dla wrogów swoich" i pocą się przy tym.

- Dalej!

- Są nędzni, bez wątpienia, te mruki i pokątni fałszerze monet, choć siedzą w kupie i grzeją się wzajem - lecz mówią oni, że nędza ich jest wybraniem i odznaczeniem przez Boga, że bije się psy, które najbardziej się lubi; może też jest ta nędza przygotowaniem, doświadczeniem, szkołą, a może jeszcze czymś więcej - czymś, co kiedyś wyrównane zostanie i wypłacone olbrzymimi odsetkami w złocie. Nie! W szczęściu. To zwą "szczęśliwością".

- Dalej!

- Teraz dają mi do zrozumienia, że nie tylko są lepsi od możnych, panów ziemi, których plwociny lizać muszą (n i e  z trwogi, bynajmniej nie z trwogi, lecz tylko, że Bóg każe czcić wszelką zwierzchność!) - że nie tylko są lepsi, lecz także, że "jest im lepiej", w każdym razie kiedyś będzie im lepiej. Lecz dość! Dość! Nie wytrzymam dłużej. Zepsute powietrze! Zepsute powietrze! Ten warsztat, gdzie  f a b r y k u j e   s i ę   i d e a ł y - zda mi się, śmierdzi od tych wszystkich kłamstw.

- Nie! Jeszcze chwilę! Nie powiedzieli jeszcze nic o majstersztyku tych czarnych kunsztów, które z czarnego robią białe, mleko i niewinność; nie zauważyłeś pan, co jest szczytem ich raffinement20, najśmielszym, najsubtelniejszym, najbardziej duchowym, najkłamliwszym popisem ich artyzmu? Baczność! Te piwniczne zwierzęta, pełne zemsty i nienawiści - cóż to one robią z zemsty i nienawiści? Czyś słyszał pan kiedy te słowa? Czy byś przypuszczał, gdybyś tylko ich słowom ufał, żeś jest między samymi ludźmi opanowanymi przez ressentiment?...

- Rozumiem, otwieram raz jeszcze uszy (Ach! Ach! Ach! A  z a t y k a m  nos). Teraz dopiero słyszę, co już tak często mówili: "My dobrzy - my jesteśmy  s p r a w i e d l i w i - tego, czego pragną, nie nazywają odwetem, jeno "tryumfem  s p r a w i e d l i w o ś c i"; to, czego nienawidzą, to nie ich wróg, nie! Nienawidzą  "n i e s p r a w i e d l i w o ś c i", "bezbożności"; to, w co wierzą i czego spodziewają się, to nie nadzieja zemsty, upojenie słodkiej zemsty (- "słodszą od miodu" nazwał ją już Homer), lecz "zwycięstwo Boga, Boga  s p r a w i e d l i w e g o  nad bezbożnymi"; co jeszcze ich miłości pozostało na ziemi, to nie ich bracia w nienawiści, lecz ich "bracia w miłości", jak mówią, wszyscy dobrzy i sprawiedliwi na ziemi.

- A jakże nazywają to, co jest im pocieszeniem we wszystkich cierpieniach ziemi - swą fantasmagorię przypuszczonej przyszłej szczęśliwości? - "Co? Czy dobrze słyszę? Nazywają to "Sądem Ostatecznym", przyjściem ich królestwa, "Królestwa Bożego " -  t y m c z a s e m  jednak żyją "w wierze", "w miłości", "w nadziei". - Dość! Dość!

15.

- W wierze w co? W miłości czego? W nadziei czego? - Ci słabi chcą bowiem, by kiedyś  o n i  byli silni, to niewątpliwe; kiedyś ma nadejść ich "królestwo" - "Królestwem Bożym" zwą to po prostu, jak się rzekło: są przecie we wszystkim tak pokorni. Już aby  t e g o  dożyć, trzeba długo żyć, poza granicę śmierci - nawet potrzeba  w i e c z n e g o  życia, aby przez wieczność można doznawać w "Królestwie Bożym" odszkodowania za owo życie ziemskie "w wierze, miłości i nadziei". Odszkodowania za co? Odszkodowania przez co?... Dante, zda mi się, mylił się grubo, gdy z przejmującą lękiem prostotą ten nad bramą swego piekła położył napis: "i mnie stworzyła miłość wieczna". Nad bramą chrześcijańskiego raju i jego wiecznej szczęśliwości mógłby być w każdym razie z większą słusznością wyryty napis: "i mnie stworzyła wieczna  n i e n a w i ś ć" - przypuściwszy, że prawda mogłaby być wypisana nad drzwiami do kłamstwa! Bo  c z y m ż e  jest szczęśliwość wieczna?... Może byśmy nawet odgadli; lepiej jednak, że zaświadczy nam to wyraźnie taka w tych rzeczach powaga, której lekceważyć nie można, Tomasz z Akwinu, wielki nauczyciel i święty. Beati in regno coelesti, mówi łagodnie jak jagnię, videbunt poenas damnatorum,  u t   b e a t i t u d o   i l l i s   m a g n i s   c o m p l a c e a t21. Lub czy chcecie w silniejszym słyszeć to tonie, z ust tryumfującego ojca Kościoła, który swym chrześcijanom odradzał okrutnych rozkoszy publicznych widowisk - czemuż to? "Wiara użycza nam przecie daleko więcej - mówi, de Spectaculis c. 29 ss. - czegoś o  w i e l e   s i l n i e j s z e g o. Dzięki zbawieniu rozporządzamy przecie innymi uciechami; miast atletów mamy swych męczenników; jeśli krwi chcemy, oto mamy krew Chrystusa... A cóż dopiero oczekuje nas w dniu jego powrotu, jego tryumfu!" - i teraz ciągnie dalej, zachwycony jasnowidz: Ad enim supersunt allia spectacula, ille ultimus et perpetuus judicii dies, ille nationibus insperatus, ille derisus, cum tanta saeculi vetustas et tot ejus nativitates uno igne haurientur. Que tunc spectaculi latitudo!  Q u i d   a d m i r e r !  Q u i d   r i d e a m !  U b i   g a u d e a m !  U b i   e x u l t e m, spectans tot et tantos  r e g e s, qui in coelum recepti nuntiabantur, cum ipso Iove et ipsis suis testibusin imis tenebris congemescentes! Item praesides (namiestnicy prowincji), persecutores dominici nominis saevioribus quam ipsi flammis saevierunt insultantibus contra Christianos liquescentes! Quos praetera sapientes illos philosophus coram discipulis suis una conflagrantibus erubescentes, quibus nihil at deum pertinere suadebant, quibus animas at nullas aut non in pristina corpora redituras affirmabant etiam poetas non ad Rhadamanti nec ad Minois, sed ad inopinati Christi tribunal palpitantes! Tunc magis tragoedi audiendi, magis scilicet vocales (bardziej przy głosie, jeszcze gorsi krzykacze) in sua propria calamitate ; tunc histriones cognoscendi, solutiores multo per ignem, tunc spectandus ariga in flammea rota totus rubens, tunc xystici contemplandi non in gymnasiis, sed in igne jaculati, nisi quod ne tunc quidem illos velim vivos, ut qui malim ad eos potius conspectum  i n s a t i a b i l e m  conferre, qui in dominum desaevierunt. Hic est ille, dicam, fabri, aut quaestuariae filius (jak wykazuje ciąg dalszy, a w szczególnosci i to z Talmudu znane określenie, ma Tertulian odtąd na myśli Żydów), sabbati destructor, Samarities et daemonium habens. Hic est quem a Juda redemistis, hic est ille arundine et colaphis diverberatus, sputamentis dedecoratus, felle et aceto potatus. Hic est, quem clam discentes subripuerunt, ut ressurrexisse dictatur vel hortulanus detraxit, ne lactucae suae frequentia commeantium laederentur? Ut talia spectes, u t   t a l i b u s   e x u l t e s, quis tibi praetor, aut consul, aut quaestor aut sacerdos de sua liberalitate praestabit? Et tamen haec jam habemus quodammodo  p e r   f i d e m  spiritu imaginante repraesentata. Ceterum qualia illa sunt, quae nec oculus vidit nec auris audivit nec in cor hominis ascenderunt? (I, Cor. 2, 9) Credo circo et utraque cavea (pierwszy i czwarty rząd, lub, wedle innych, scena komiczna i tragiczna) et omni stadio gratiora. -  P e r   f i d e m22: tak napisano.

17.

Czy na tym koniec? Czy to największe ze wszystkich przeciwstawień ideału zostało tym samym na wieczne czasy złożone ad acta? Czy tylko odroczone, na długo odroczone?... Czy znów kiedyś nie będzie musiał nastąpić jeszcze straszniejszy, jeszcze dłużej przygotowywany wybuch starego pożaru? Więcej jeszcze - czy właśnie  t e g o  nie należy sobie ze wszystkich sił życzyć? Nawet chcieć? Nawet żądać?... Kto w miejscu tym zacznie, jak moi czytelnicy, rozmyślać, myśl rozwijać, temu trudno będzie dojść z tym prędko do końca - a to powód wystarczający, abym sam doszedł do końca, przypuściwszy, że od dawna stało się dość jasne, czego  c h c ę, do czego zmierzam właśnie przez to niebezpieczne hasło, które ostatnia ma książka nosi na grzbiecie: Poza dobrem i złem... To bynajmniej  n i e  znaczy Poza dobrem i lichem.





1. La partie honteuse  (fr.) - Część wstydliwa.

2. Vis inertiae  (łac.) - Siła bezwładności.

3. Rancune  (fr.) - Uraza.

4. Έσθλός, esthlos  (gr.) - Dobry, odważny, szlachetny.

5. Κακός, kakos  (gr.) - Zły, brzydki, podły, głupi.

6. Δειλός, deilos  (gr.) - Słaby, tchórzliwy, podły.

7. Άγαθός, agathos  (gr.) - Dobry, dzielny, szlachetny, rozumny.

8. Malus  (łac.) - Zły.

9. Μέλας, melas  (gr.) - Czarny, ciemny, ponury.

10. Hic niger est  (łac.) - To ciemny typ.

11. Silas Weir Mitchell -- 15 II 1829 Filadelfia - 4 I 1914 Filadelfia. Amerykański specjalista chorób nerwowych, propagator "terapii przez odpoczynek".

12. Idée fixe  (łac.) - Natrętna myśl.

13. Unio mystica  (łac.) - Zjednoczenie mistyczne, mistyczna jedność.

14. Quaeritur  (łac.) - Zapytuje się ; to jest badane ; kwestia sporna.

15. Ressentiment  (fr.) - Resentyment ; uraza, odczucie.

16. In effigie  (łac.) - Na wizerunku.

17. Honoré Gabriel de Mirabeau -- 9 III 1749 Bignon - 2 IV 1791 Paryż. Francuski hrabia, działacz i pisarz polityczny. 1786 w tajnej misji dyplomatycznej na dworze pruskim, 1789 wybrany do francuskich Stanów Generalnych, odegrał znaczną rolę w początkowym okresie Rewolucji Francuskiej, zdobył popularność jako znakomity mówca i dziennikarz (wydawał Courrier de Provence), główny inicjator przekształcenia Stanów Generalnych w Zgromadzenie Narodowe oraz sprowadzenia króla do Paryża, był zwolennikiem monarchii konstytucyjnej, utrzymywał tajne kontakty z dworem i dla korzyści materialnych prowadził podwójną grę, deklarując się jako zagorzały rzecznik Rewolucji. Oskarżony o zdradę rewolucji, nie był sądzony, gdyż nagle zmarł. Był autorem prac politycznych, między innymi De la monarchie prussienne sous Frédéric le Grand (1788).

18. Inter pares  (łac.) - Między równymi.

19. Quantum  (łac.) - Kwantum.

20. Raffinement  (fr.) - Wyrafinowanie, finezja.

21. Beati in regno coelesti...  (łac.) - Błogosławieni w Królestwie Niebieskim będą widzieli kary potępionych, aby  i c h   s z c z ę ś l i w o ś ć   b y ł a   i m   t y m   b a r d z i e j   r o z k o s z n a.

22. Ad enim supersunt allia spectacula...  (łac.) - Do tego dochodzą inne widowiska - ów dzień ostatniego, powszechnego sądu, którego nie spodziewają się poganie, z którego się śmieją, dzień, w którym stary świat i narody jego zostaną spalone przez trawiący wszystko ogień. To będzie wspaniałe widowisko!  C ó ż   m a m   w t e d y   p o d z i w i a ć ?  Z   c z e g o   m a m   s i ę   ś m i a ć ?  W   j a k i m   w i d o k u   m a m   z n a l e ź ć   p e ł n i ę   r a d o ś c i   i   z a d o w o l e n i a ? Może widząc tylu tak potężnych  k r ó l ó w, o których słyszało się, że wzięci zostali do nieba, jęczących razem z samym Jowiszem i jego wielbicielami w okropnych ciemnościach? A może patrząc na namiestników, prześladowców imienia pańskiego, smażących się w gorszych płomieniach, niż sami wymyślili we wściekłości przeciw chrześcijanom? I cóż jeszcze? Oto owi przemądrzali filozofowie razem ze swoimi uczniami, którym wmawiali, że nic nie należy do Boga, że nie ma duszy, że dusze do ciał nie powrócą, palą się teraz piekącym wstydem! Oto poeci trzęsą się nie przed Radamantesem czy Minosem, ale wbrew oczekiwaniom przed trybunałem Chrystusa! Wtedy trzeba raczej słuchać tragików, rzecz zrozumiała, głośniej wykrzykujących własną niedolę, wtedy raczej należy zwrócić uwagę na komediantów z powodu ognia bardziej skocznych, wtedy trzeba popatrzeć na woźnicę w pełni czerwieni na ognistym wozie. Tam dopiero będą podziwiani atleci nie w gimnazjonach, ale wysmarowani płomieniami. Ale nawet wtedy nie na nich miałbym ochotę popatrzeć, wtedy chciałbym skierować swój  n i e n a s y c o n y  wzrok na tych, co szaleli przeciw Panu. Oto - powiem - syn cieśli i ladacznicy, burzyciel szabatu, Samarytanin, który podobno miał demony. Oto ten właśnie, którego kupiliście od Judasza, ten, którego biliście trzciną i policzkowali, którego obrzucaliście plwocinami, którego napoiliście żółcią i octem. Oto ten, którego uczniowie potajemnie wykradli, aby powiedziano, że zmartwychwstał, którego ogrodnik usunął, aby gromady odwiedzających nie podeptały jarzyn. Jakiż to pretor albo konsul, kwestor albo kapłan urządzi dla ciebie, nawet przy całej swej hojności, takie widowiska, abyś mógł podziwiać taką okazałość, abyś  m ó g ł   z a c h w y c a ć   s i ę   t a k i m i   w s p a n i a ł o ś c i a m i ? A przecież to, czego się domyślamy, mamy dopiero  p r z e z   w i a r ę  przedstawione mocą ducha i wyobraźni. A jak naprawdę wygląda to, czego oko nie widziało, czego ucho nie słyszało i w serce człowieka nie wstąpiło? Wierzę jednak, że będzie to przyjemniejsze, niż cyrk, niż oba rodzaje sztuk, niż wszelkie wyścigi stadionu. -  P r z e z   w i a r ę.






<poprzedni<  początek >następny>




Główna/FAQ/Filozofia/Czytelnia/Nietzsche/O nas/Varia/Scena/Sztuka/Forum/Katalog/Okultyzm
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>