| Satan.pl > Sztuka > Epika > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Ofiarowanie Bafometowi
W. S. Reymont
[...] Tak, snem tylko musiała być ta grota olbrzymia, zasnuta stalaktytami, co jak sople potworne zwieszały się ciężkimi spływami, zalana zielonym mrokiem, w którym zaczęły się poruszać nikłe, złote mżenia jak rój motyli świetlistych, a spoza nich wynurzyły się ciężkie, nierozpoznane postacie, wypełzały jakby spod głazów, z tych jam zielonych, z gąszczów zielonych cieniów, i procesją cichą, ledwie dojrzaną, poruszyły się w szmaragdowej toni niby wodzie rozedrganej... jakby płynęły okrążając krwawą wizję płomieni... dźwięki jakieś zadrgały, jakby tysiące harf naraz zajękły i skonały... rozsypały się po głazach niby rdzawe ropuchy... a zaraz potem wysunął się znowu długi orszak biało ubranych postaci o bosych nogach i obnażonych piersiach kobiecych... głowy wężów... głowy ptaków... głowy zwierząt... cały piekielny orszak złowróżbnego Seta, szli wolno rytmicznie, dźwigając na ramionach długie, czarne mary nakryte, okrążyli płomień i ustawiwszy mary tuż przed nim, rozwinęli się po jego bokach jak dwa skrzydła białe...
Nagle rozległ się przerażający huk, błyskawica złotą pręgą przewinęła się wskróś groty, wszyscy padli na twarze, krwawe płomienie trysnęły w górę jak wulkan i opadły cicho, a natomiast jęły bić kłęby złotawych dymów kadzielnych, z których zwolna, w śmiertelnej ciszy stawania się... wyłaniała się postać Bafometa... wynurzył się z tych wylękłych, rozchwianych, z pobladłych płomieni... wyrastał jak groźna chmura z dogasającej otchłani... aż się jawił cały, jak noc posępny i jak śmierć straszny... przykucnął na koźlich nogach...
Złote rogi półksiężyca rozbłysły na wąskiej, obnażonej czaszce... nagi był cały, wysmukły, młodzieńczy... siedział z szeroko rozwartymi kolanami, między którymi jak wąż jadowity wiła się krwawa błyskawica... opuszczone, długie ręce dotykały zakrzywionymi pazurami całunu mar stojących mu u kopyt złotych... czerwone, jakby z rozżarzonych karbunkułów, oczy błysnęły światłem i zdały się błądzić po głowach leżących przed nim w prochu wylękłej pokory... był okropny w piękności zimnej jak ostrze i zatrutej czarem śmiertelnym... posępny jak nieubłaganie... dzika słodycz lśniła się w boleśnie zaciętych ustach... brwi, ściągnięte i groźne, były jak łuki napięte pomstą i gniewem... a w twarzy chudej i wyniosłym, dumnym czole leżała utajona męka wiecznego buntu, nocy nieskończonej, krzywd niepomszczonych i wiekuistych błąkań, ciało miał przygięte i naprężone w przyczajonym skoku, że wydawało się, iż jawił się na mgnienie i zaraz rzuci się znowu w przepaście, przebiegać lodowate pustynie milczenia i biec zawsze, nieskończenie, wiecznie...
[...] Jakiś śpiew przeciągły brzmiał monotonnie,[...] powtarzany bezwiednie z patetycznym akcentem.
"Salute, o Satana,
O ribellione,
O forza vindice
Della ragione!
Sacri a te salgano
Gl' incensi e i voti!
Hai vinto il Geova
De' sacerdoti".
[...] Słowa dziwne, ciężkie jak kwiaty spadały cicho, splatając się w modlitewny, uroczysty wieniec płomiennych szeptów:
-"Panie nocy i milczenia".
-"Bądź z nami" - odbrzmiewały echa.
-"Panie trwożnych i uciśnionych".
Łkały coraz namiętniej głosy,[...] grota była prawie niewidzialna, noc ją zapełniła, tylko pośrodku posąg Bafometa jaśniał niby skamieniała w biegu błyskawica, a czarne mary stały wciąż pod nim, w kręgi świateł z głębin cieniów rwała się wolno uroczysta, przejmująca psalmodia.
-"Który zbawisz wyklętą".
-"Jedyny"- odpowiadały konające echa.
-"Który utulasz podbite przemocą".
-"Zemsto nieśmiertelna".
-"Któryś rówien potęgą".
-"Cieniu bolesny".
-"Światłości, mściwie zepchnięta w otchłanie".
-"Mocy spętana!"
-"Mocy litosna!"
-"Mocy święta!"
Śpiewy się rozwiały, w stłoczonych i mętnych ciemnościach zaczynało się coś dziać... [...] mgliste, białawe cienie wiodły się korowodem... opływały posąg... snuły się drgające światła... a jakiś cień nachylił się nad marami... wyraźne stąpanie niewidzialnych nóg po ostrym żwirze... szepty jakieś... syczenie płomieni... ruchy niedojrzane!...
Naraz rozległ się przeciągły, żałosny ryk.
[...] Zarys pantery rzucającej się na mary... opadła z nich płachta cieniów i naga, wysoka postać podnosiła się wolno...[...] jak przez mgłę widać tylko wysmukłe nagie ciało, owiane płaszczem rdzawych w oddali włosów, stojące między kolanami Bafometa!
Głos mocny spiżowym dźwiękiem rozległ się donośnie.
-"Czego chcesz?"
-"Umrzeć dla niego!" - odpowiedział śmiało drugi.
-"Chcesz poślubić śmierć?"
-"Poślubiłam zemstę i tajemnicę".
[...]
Ciemności pobladły i grota zaczęła się nieco rozjaśniać.
Kobieta siedziała miedzy kolanami Bafometa, w takiej samej jak i on pozycji, opuszczone ręce dotykały pantery siedzącej u jej nóg, a nad głową, opłynięty w złoty dym kadzielny, pochylała się zielono-krwawa, smutna twarz Diabła, a jego ręce długie zdawały się obejmować ją wpół i przytulać do siebie.[...]
- Oto na poły zwierzęcy, złowrogi orszak Seta przywiódł białego baranka, którego jakiś człowiek z głową psa zabijał ciężkim, krzemiennym nożem i wśród ponurych śpiewów i przekleństw rzucono go na pożarcie panterze...
- Oto palono siedem ziół czarnoksięskich, skropionych krwią niewiniątka i popioły rozsiewano w siedem stron świata.
- Oto zamajaczył korowód płazów i ropuch olbrzymich, wlokąc za sobą na słomianych sznurach rozpięte drzewo krzyżowe i wśród urągowisk i plwań, wśród piekielnego chóru chichotów i naigrywań podarto je w drzazgi, rozdeptano i rzucono pod kopyta posągu.
- Oto gromada potworów nieopowiedzianych, rozwyte stado strachów, wampirów, mar, zjawiła się, jakby wylęgła z obłąkanego mózgu, niosąc na wiekach spróchniałych trumien symboliczną białą Hostie i wśród przerażających wrzasków, znieważań i wycia zwalono je przed Bafometem.
- Oto zaczęły się wychylać na światło jakby wszystkie potwory katedr średniowiecznych, wszystkie larwy pokuszeń i lęków, tające się w duszach świętych, zjawiały się milczące, posępne, niosąc księgi święte, symbole, znamiona, wizerunki, szaty rytualne, zwalając wszystko na jeden ogromny stos; siedem krwawych błyskawic trysnęło z oczu Bafometa, siedem gromów runęło w stos, buchnęły płomienie, a wszystkie zjawy piekielne zawiodły dziki, rozchwiany, okrążający tan.
Gryzące czarne dymy przysłoniły postać kobiety i wzbijały się wysoko rozwichrzonymi słupami, zaciemniając grotę ponurym, nieprzeniknionym tumanem.
[...] Grota była w bladych, błękitnawych jasnościach skąpana. Bafomet stał jak krzew purpurowych ogni, a u jego stóp na rozkrzyżowane, białe ciało kobiety wypełzał czołgający się cień, jakby pantery, biorącej ją w uścisk.
Grota była pusta. [...] Wszystko naraz przepadło...[...]
Niniejszy urywek pochodzi z powieści W. S. Reymonta pt."Wampir". Fragmenty wybrał, złożył i przekomponował z oryginału oraz tytułem opatrzył Masur.
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















