| Satan.pl > Sztuka > Liryka > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Przedśpiew radości
Na gruzach ziemi, na ruinie świata, Na martwych zgliszczach miast i wsi popiele, Których okropne szarzeją zgorzele; Z pól zaścielonych białą siejbą kości Ludów, co poszły w zgon, brat obok brata, Oto was wzywam do wielkiej radości! Podnieśmy serca jako wina czasze! Wzwyż! Wbrew żałobie biją serca nasze Namiętnym tętnem potęgi i dumy! Dytyrambiczny szał się w nas rozpienia! Dzikie, zawrotne rytmy uniesienia, Niby bachantek szalejące tłumy, Na pjanych stopach z obłędu rozpętem, Pląsają hucznie gromadą taneczną! Świat cały jest dziś uroczystym świętem I nawet smutek nasz ma twarz świąteczną! Jak wymaluję ono malowidło Nieporównanych czasów, co się stały? Za pędzel wezmę dzikie orła skrzydło I zarys świetny, olbrzymi, zuchwały Zakreślę takim potężnym zamachem, Z jakim on spada na łup drżący strachem! Linij szerokich pożyczyć mi trzeba Od bezbrzeżnego horyzontu nieba, A barw od krwawych zórz, w których umiera Zachód wspaniały jak śmierć bohatera! Nie! Raczej z serca ludzkiego potęgi Zaczerpnę, bowiem serce widnokręgi Dziś rozszerzyło swe za widny otok Nieboskłonowy i taki krwi potok Wylało z siebie, że z jego zapasu Mieczowe pióro dziejowego czasu Gorącą żywych szkarłatów purpurą Wymalowało tę kartę ponurą I wielką grozy człowieczej i mocy, O jakiej nawet nie śnili prorocy! Po ziemi przeszła śmierć wielkimi kroki, Jak chodzą siedmiomilowe obłoki, Gdy wicher gna je w posuwiste jazdy; Śmierć niezliczona jak piasek i gwiazdy, Jako grad gęsta i jako chwast bujna, Jak zbir bezsenna i jako pies czujna, Jako powietrze niewidna, tajemna, A wszechobecna: podziemna, nadziemna, Nieobliczona, stała i konieczna, Oczekiwana, nagła, palna, sieczna, Nocna i dzienna, bez kształtu i twarzy, Czyniąca dzieło szalonych szafarzy! Stało się, świecie, o czym z dawien dawna Była w Prorokach przepowiednia sławna, Stało się ono żywota przekleństwo, O którym było w Piśmie podobieństwo: Jak niektóremu człekowi porosło Pole i żniwo obfite przyniosło, A on rozmyślał w sobie: "Co uczynię? Nie mam, gdzie plon bym taki zmieścił ninie." I rzekła dusza jego w sobie dumna: "Oto rozwalę stodoły i gumna I wybuduję je większe we troje, By tam zgromadzić wszystko dobro moje." I rzekł do duszy swej: "Duszo bogata, Oto masz wiele dóbr! Na długie lata Już my od trudu i trosk niezawiśli. Odpocznij, jedz, pij i bądź dobrej myśli!" Ale nie słyszał przestrogi: "O, głupi! Oto tej nocy złodziej spichrze złupi I wziąwszy pług twój, konia, klacz i źrebię, Duszy się twojej upomni od ciebie I to, co w ślepej ufności obłędzie Nagotowałeś, czyjeż jutro będzie?" Ślepe szaleństwo człowieczego rodu! Widząc, że obłok ciągnie od zachodu, Mówicie: "Będzie gwałtowna ulewa" - I tak też bywa... Kiedy wiatr zawiewa Od południowej krainy lecący, Mówicie: "Będzie czas spieki gorący" - I tak też bywa... Wiecie o pogróżce Deszczu i suszy, lecz, ślepce i głuszce, Byliście twardzi dla znaków i głosów, Które wołały z ziemi i niebiosów Niedolą czasów do serc, w których szatan Mieszkał, przymierzem zła z wami pobratan I z którym, kary nie baczący bliskiej, Na worach złota knowaliście spiski, Jako pisklęta pod skrzydłem kokoszy, Ogrzani pierzem zbytku i rozkoszy, Ufni, że oczy pomst was nie dostrzegą! I tak się stało jak za dni Noego: Jedli i pili, weseli, zuchwali, Brali niewiasty, za mąż wydawali, Aż w korab Noe wszedł i jego plemię I przyszedł potop i wytrącił ziemię! I tak się stało jako za dni Lota: Kupcząc, sprzedając wśród gorączki złota, Bezpieczni, pewni w swej żądzy łakomej, Szczepili drzewa, budowali domy, Aż Lot z Sodomy wyszedł stopą szparką I spadł deszcz ognia i spalił ją siarką! Tako się stało i wam, obłudnicy! Coście mówili w wielkiej tajemnicy, W mroków i schowków najgłębszych skrytości, Jest usłyszane w południa światłości; A coście w ucho szeptali w komorze, Jest obwołane na dachach, na dworze! I oto w gniewie, w złorzeczeniu, w klęciu, Gdzie w jednym domu było razem pięciu, Niezgoda jawi się i rozerwanie: I trzech przeciwko dwom, dwóch przeciw trzem stanie, Ojcowie przeciw synom i synowie Przeciwko ojcom, i brat brata zowie Wrogiem. I płonąc wściekłością i szałem, Każdy jest wrogów otoczony wałem I napierany zewsząd i ściśnięty, Niewolniczymi zagrożony pęty, Żagwią pożaru i żelazem wojny I nie masz, kto by zwał siebie : Spokojny. I jest w obliczu gromu, niebios posła, Zrównana z ziemią każda rzecz wyniosła, Miasto i sioło poległo w zniszczeniu I nie pozostał kamień na kamieniu. A kto na dachu był, a miał naczynie W domu, nie schodził, by je zabrać ninie; A kto na roli był, nie wracał doma, By, co zostawił, ratować rękoma. Gdzie dwaj na łożu spali chwili onej, Jeden był wzięty, drugi ostawiony; A gdzie dwaj mełli u młyńskiej posługi, Jeden był wzięty, a ostawion drugi; A gdzie na polu dwaj sprawiali łany, Jeden się ostał, drugi był zabrany. I była w onych dni zamęcie grzmiącym Biada brzemiennym i piersią karmiącym! Wtedy wzywając z krzykiem dobroczynnej Litości niebios i śląc ku nim modły, Jak zwierz zawyje w szale: "Jam niewinny!", Wszelki człek zgniły, nikczemny i podły Czując, że boży gniew starga go w strzępy, Ale gdzie ścierwo jest, tam są i sępy. Krwawych błyskawic płomienne straszydła Zatrzepotały jak przestrachu skrzydła, Zatrzepotały wśród niebios sklepienia Jako powieki ślepe z przerażenia I chichot ognia rozdarł niebios lice Śmiechem, jakim się śmieją czarownice, Twarz rozdzierając od ucha do ucha. I zaszumiała wściekła zawierucha! Śmiejcie się, krwawe, rozżagwione łuny, Klaskajcie w ręce, szydercze pioruny, Zatańczcie, pomsty rozjuszone czarty! Pękły szwy świata! Nieboskłon rozdarty Jako świątyni kosztowna zasłona! Trzęsieniem ziemi gleba odwrócona, Świat zadygotał straszliwą chorobą I nic nie stoi, i nikt nie jest sobą. Dzień sądu! Kędyż jest sędzia, co sądzi? Oto wydaje wyrok człek, co błądzi! Własnego dzieła swojego nieświadom, Wyrok sam sobie wydał i sąsiadom. Jak gdyby ziemię - jego rąk robota Zrobiła do cna niegodną żywota, Każdą piędź ziemi granatami skopał I co zbudował, przeznaczył na opał, Zażegłszy z czterech stron dziką pochodnią. I uznał wszystko, co uczynił, zbrodnią, I wszystko zmienił w popioły i zgliszcze I ten, co tworzył, wołał z dumą: "Niszczę!" Niszcząc się wzajem jak wrzody ohydne, Zwalczają w sobie straszne zło niewidne, Które się przez nich iściło i iści, Przez nich, przeklęte syny nienawiści! Jakaż wokoło okropności rewia! Idąc, za sobą wloką własne trzewia, Gryzą się, tępią wściekłych wilków zgrają, Wyją jak piekło i w piekle konają. O, niesłychane katusze i bóle! Ziemia zmieniona w jedno rzezi pole, W czarnej katowni warsztat niezaznany, W niewysłowioną widownię cierpienia, Kędy się takie w pierś odbiera rany, Od jakich żyją całe pokolenia! Zamilknij, jęku sierot i wdów płaczu! O, śmierci, czarny, wysoki trębaczu, Który z tysiącznych gardzieli armatnich Huczysz na trwogę, przy rzężeń ostatnich Charczeniu, grajże triumfu fanfarę! Niechaj zagłuszy wszystkie pieśni stare, Którymi żałość utyska cmentarna, Bowiem żałoba nasza nie jest czarna, Lecz purpurowa ode krwi przepychu, Jak purpurowe jest wino w kielichu, Które pijemy na żywota uczcie. O, surmy, grajcie! O, trąbity, huczcie Idącym naprzód w niezliczonym szyku! Śmierci, ponury, groźny pułkowniku, Prowadź w pożogi i dymu zamętach Wielkie gromady w karnych regimentach, Które od losu masz w srogim zarządzie, Aby na wielkim narodów przeglądzie, Przechodząc w wieczność ukrytą za zgonem, Sprezentowały broń przed Boga tronem, Prosząc o pardon, że w bliźniej krwi bratniej Z palm myły ziemię w kąpieli obiatniej... Więc tak się pisze nowe dzieje świata! Rękoma we krwi nurzanymi brata, Kiedy o trawę chłodną je ociera Ze wstrętem strasznym ten, który umiera, Ażeby, czyste od ziół i od rosy, Wznieść je z westchnieniem konania w niebiosy, Gdzie nieskalane, niewinne błękity Bratają dusze krwawe z swą świętością, Bowiem boleści szczyty, jak gór szczyty, Tykają nieba, które jest miłością. Nowego Boga, starym obyczajem, Solą przyjęliśmy łez, trupów chlebem, Na progu czasów, co były rozstajem Pomiędzy ziemią i pomiędzy niebem, A które ręką kary dzisiaj jedna Z sprawiedliwością tajna moc bezwiedna. Świat, co się w zniszczeń rozpada obłędzie, Bóg jak zepsute rozbiera narzędzie, Jako dom, w którym już mieszkać nie można, Bo budowała go dłoń nieostrożna Na bagnie, biorąc nań, miast głazu, próchno, I nim noc minie, wichry go rozdmuchną. I myśl tajemna, która w mrokach drzemie, Gniewem kilofów swych rozsadza ziemię Na budowlanych ciosów nowe bryły... Słuchajcie! Miłość jest uśmiechem siły, Kiedy nienawiść - je smutkiem, chorobą. Sępy wyżarły w nas, co jest wątrobą, I pozostanie nam serce jedynie, Nie dom budujmy sobie, lecz świątynię, Gdzie każem świętych tęsknot jasnowidom Podpierać stropy jak kariatydom. Oto was wzywam do wielkiej radości! Powietrze pełne jest jutra! Przyszłości Ptaki przylotne, mknąc przez dale sine, Na skrzydłach niosą znów dobrą nowinę, By wrócić ziemi jej radosne lice. Obezwładnione zostaną prawice, Co po to wzięły od prawa swe imię, Aby bezprawie czynić w ognia dymie I w krwawej rzezi, którą przemoc sławi. A po lewicy siędą ludzie prawi, Po tej lewicy, gdzie w szat jasnych bieli, Wrogim prawicom wytrąciwszy bronie, Usiądzie miłość, siostrzyca niedzieli, Bowiem i serce jest po lewej stronie. Na jakich górach, na jakich wyżynach Postawim bóstwu naszemu ołtarze? Wszystko, co niskie, ostawmy w nizinach I wznieśmy w górę nadzieje i twarze. O, sadźmy drzewa, co mkną w błękit dumny, Budujmy wieże, te w niebo pociski, Wznośmy strzeliste, wysmukłe kolumny I górnolotne, śpiewne wodotryski, Wszystko, co wznosi się i co wzwyż leci, I co bezwładność i ciężar uśmierca, Podnieśmy w niebo, co miłością świeci, Myśli i czyny, i dusze, i serca. O, złotych słońca promieni - żyjącym! Złotego piasku zmarłym na mogiły! O, przebaczenia zbrodniom, krwi i złości! Ave brzemiennym i piersią karmiącym! Słuchajcie! Miłość jest uśmiechem siły! Oto was wzywam do wielkiej radości! |
Powrót
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















