| Satan.pl > Sztuka > Epika > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Ayn Rand - Hymn
X
Siedzimy przy stole i piszemy na papierze zrobionym tysiące lat temu. Światło jest przytłumione i nie widzimy Złotowłosej, tylko jeden złoty lok na poduszce starożytnego łóżka. To jest nasz dom. Przyszliśmy tu dzisiaj o wschodzie słońca. Przez wiele dni przechodziliśmy przez łańcuch gór. Las wznosił się pomiędzy skałami i od czasu do czasu wychodziliśmy na jakiejś połacie skał. Widzieliśmy wysokie szczyty przed nami, na zachodzie i na północ od nas, i na południe, tak daleko, jak tylko nasz wzrok mógł sięgnąć. Szczyty były czerwone i brązowe z żyłami zielonych pasm lasów, zniebieskimi mgłami, jak welon nad głowami. Nigdy nie słyszeliśmy o tych górach, ani nie widzieliśmy aby były zaznaczone najakiejkolwiek mapie. Nieoznaczone Lasy strzegły ich przed Miastami i przed ludźmi z Miast. Wspinaliśmy się ścieżkami, którymi dzikie kozy nie miały odwagi stąpać. Kamienie toczyły się spod naszych nóg i słyszeliśmy, jak uderzają w skały poniżej, dalej i dalej w dół, a góry dzwoniły z każdym uderzeniem i długo jeszcze potem, gdy uderzenia zamarły. My szliśmy dalej, wiedzieliśmy bowiem, że żadni ludzie nie podążą naszym śladem, ani nie dosięgną nas tutaj. Dzisiaj o świcie zauważyliśmy biały płomień wśród drzew, wysoko na ostrym szczycie nad nami. Pomyśleliśmy, że to ogień izatrzymaliśmy się. Ale płomień nie poruszał się, oślepiając wciąż jak płynny metal. Wspinaliśmy się więc w jego kierunku po skałach. A tam, przed nami, na szerokim szczycie, z górami wznoszącymi się z tyłu stał dom jakiego nigdy jeszcze nie widzieliśmy, a biały ogień pochodził ze słońca na szkle jego okien. Dom miał dwa piętra i dziwny dach, płaski jak podłoga. Było więcej okien niż muru na jego ścianach, a okna te biegły dookoła, a my nie mogliśmy zgadnąć, co w takim razie podtrzymywało budynek. Ściany były twarde i gładkie, z kamienia niepodobnego do kamienia, jaki widzieliśmy w tunelu. Oboje wiedzieliśmy bez słów, że dom ten pozostał z Niewspominanych Czasów. Drzewa osłaniały go przed działaniem czasu i niepogody, i przed ludźmi, którzy mieli mniej litości niż czas i pogoda. Odwróciliśmy się do Złotowłosej i zapytaliśmy: "Boicie się?" Ale one potrząsnęły głową. Podeszliśmy więc do drzwi i otworzyliśmy je, i razem weszliśmy do domu z Niewspominanych Czasów. Będziemy potrzebowali wielu przyszłych dni i lat, aby zobaczyć, nauczyć się i zrozumieć rzeczy w tym domu, dzisiaj potrafimy jedynie patrzeć i próbujemy uwierzyć naszym oczom. Ściągnęliśmy z okien ciężkie zasłony i zobaczyliśmy, że pokoje są małe, pomyśleliśmy, że nie więcej niż dwunastu ludzi mogło tutaj mieszkać. Nigdy nie widzieliśmy pokojów tak pełnych światła. Promienie słońca tańczyły na barwach, na kolorach, a było kolorów więcej, niż uważaliśmy za możliwe, my, którzy nie widzieliśmy innych domów niż białych, brązowych i szarych. Na ścianach były duże kawałki szkła, ale to nie było szkło, gdyż kiedy patrzeliśmy na nie, widzieliśmy nasze własne ciała i wszystkie rzeczy za nami, jak na powierzchni jeziora. Było tam wiele dziwnych rzeczy, których nigdy nie widzieliśmy i których przeznaczenia nie znaliśmy. I wszędzie były szklane kule, kule z metalowymi pajęczynami w środku, takimi jakie widzieliśmy w naszym tunelu. Znaleźliśmy sypialnię i stanęliśmy bojaźliwie na jej progu. Był to bowiem mały pokój, a w nim tylko dwa łóżka. W domu nie znaleźliśmy żadnych innych łóżek i stwierdziliśmy wtedy, że tylko dwoje ludzi żyło tutaj i to przekroczyło naszą zdolność pojmowania. W jakim świecie żyli oni, ludzie z Niewspominanych Czasów? Znaleźliśmy ubrania, a Złotowłosa aż usta otworzyły na ich widok, bowiem nie były to białe tuniki, ani białe togi, były we wszystkich kolorach, żadne dwa nie były podobne. Niektóre obróciły się w pył pod dotknięciem. Ale inne były z trwalszego materiału i w naszych palcach pozostały miękkie i nowe. Znaleźliśmy pokój ze ścianami zrobionymi z półek, które utrzymywały rzędy manuskryptów, od podłogi aż do sufitu. Nigdy nie widzieliśmy takiej ilości, ani tak dziwnych kształtów. Nie były miękkie i zrolowane, ale miały twarde okładki z tkaniny i skóry, a litery na ich stronach były tak małe i tak równe, że aż zdziwiliśmy się, że istnieli ludzie, którzy tak pisali. Przerzucaliśmy strony i zauważyliśmy, że były zapisane naszym językiem, znaleźliśmy jednak wiele słów, których nie mogliśmy zrozumieć. Jutro zaczynamy czytać te skrypty. Kiedy obejrzeliśmy już wszystkie pokoje w domu, spojrzeliśmy na Złotowłosą i oboje znaliśmy swoje myśli. "Nigdy nie opuścimy tego domu", powiedzieliśmy, "ani nie pozwolimy go sobie odebrać. To jest nasz dom i kres naszej wędrówki. To jest wasz dom Złotowłosa i nasz i nie należy do jakichkolwiek innych ludzi gdziekolwiek na ziemi. Nie będziemy go dzielić z innymi ludźmi. tak jak nie dzielimy z nimi naszej radości, ani naszej miłości, ani głodu. Więc będzie tak aż do końca naszych dni". "Wasza wola będzie spełniona", powiedziały. Następnie wyszliśmy aby zebrać drewno na wielkie palenisko w naszym domu. Przynieśliśmy wodę ze strumienia, który płynie wśród drzew pod naszymi oknami. Zabiliśmy górską kozę i przynieśliśmy jej mięso, aby ugotować go w dziwnym miedzianym garnku znalezionym w tym miejscu dziwów, które musiało w tym domu być pomieszczeniem do gotowania. Zrobiliśmy to sami, bowiem żadne słowa nie mogły odciągnąć Złotowłosej od dużego szkła, które nie jest szkłem. Stały przed nim i patrzyły, patrzyły na własne ciało. Kiedy słońce schowało się za góry, Złotowłosa zasnęły na podłodze, pomiędzy klejnotami i butelkami z kryształu, i kwiatami zjedwabiu. Wzięliśmy Złotowłosą na ręce i zanieśliśmy ją do łóżka, z głową opadającą lekko na nasze ramię. Potem zapaliliśmy świecę, przynieśliśmy papier z pokoju manuskryptów i usiedliśmy przy oknie, gdyż wiedzieliśmy, że nie zaśniemy tej nocy. A teraz spoglądamy na ziemię i niebo. Ta przestrzeń nagich skał i szczytów i światło księżyce jest jak świat gotowy do narodzin, świat oczekujący. Wydawało się nam, że świat ten prosi o znak od nas, o iskrę o pierwszy rozkaz. Nie wiemy jakiego słowa, ani jakich wielkich czynów oczekuje od nas ta ziemia. Wiemy, że czeka. Wydaje się mówić, że ma dla nas wspaniałe dary, ale wspaniałego daru chce też od nas. Mamy przemówić. Mamy nadać cel, najwyższe znaczenie całej żarzącej się przestrzeni skał i nieba. Patrzymy przed siebie, błagamy nasze serce o radę, o odpowiedź na to wezwanie niewypowiedziane przez żaden głos, które jednak my słyszeliśmy. Patrzymy na nasze ręce. Widzimy pył wieków, pył, który przykrył wielkie sekrety i może wielkie zło. A jednak nie wzbudza to strachu w naszym sercu, lecz tylko cichy żal i szacunek. Może wiedza przyjdzie do nas! Co to za sekret, który nasze serce zrozumiało, a jednak nie odkrywa go nam, chociaż uderza tak, jakby starało się to zrobić?
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















