| Satan.pl > Sztuka > Epika > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Ayn Rand - Hymn
VIII
Był to dzień zagadek, ten pierwszy dzień w lesie. Zbudziliśmy się gdy promień słońca padł na naszą twarz. Chcieliśmy skoczyć na nogi, jak musieliśmy skakać każdego ranka naszego życia, ale przypomnieliśmy sobie nagle, że żaden dzwon nie zadzwonił, i że nigdzie nie ma dzwonu. Leżąc na plecach rozpostarliśmy nasze ramiona i popatrzyliśmy na niebo. Liście miały srebrne brzegi, drżały i trzepotały jak rzeka zieleni i ognia, płynąca wysoko ponad nami. Nie chciało nam się ruszać. Pomyśleliśmy nagle, że możemy leżeć tak długo jak chcemy i roześmialiśmy się głośno na tę myśl. Mogliśmy też wstać albo biec, albo skakać albo znowu się położyć. Myśleliśmy, że te pomysły są bez sensu, ale zanim zastanowiliśmy się, nasze ciało podniosło się jednym skokiem. Nasze ramiona wyciągnęły się zgodnie z naszą wolą, a ciało kręciło się, kręciło się dopóki nie spowodowało wiatru, który szeleścił liśćmi krzaków. Potem nasze ręce złapały gałąź, podciągnęły nasze ciało wysoko na drzewo, bez celu, jedynie z ciekawości, aby poznać siłę naszych rąk. Gałąź złamała się pod nami a my upadliśmy na mech, który był miękki jak poduszka. Wtedy nasze ciało tracąc cały rozsądek turlało się po mchu z suchymi liśćmi w naszej tunice, w naszych włosach, na twarzy. I usłyszeliśmy nagle, że się śmiejemy, śmiejemy się głośno, jakby nie było w nas żadnej siły poza śmiechem. Potem wzięliśmy nasze szklane pudełko i poszliśmy w głąb lasu. Szliśmy, przedzierając się przez gałęzie, a było to tak, jakbyśmy płynęli przez morze liści, z krzakami, które jak fale wznosiły się i opadały wokół nas rzucając swoje zielone promienie wysoko na szczyty drzew. Drzewa rozstępowały się przed nami, wzywając nas naprzód. Las wydawał się nas witać, szliśmy więc naprzód bez myśli i bez troski nie czując nic, oprócz pieśni naszego ciała. Zatrzymaliśmy się gdy poczuliśmy głód. Widzieliśmy ptaki między gałęziami drzew, wylatujące spod naszych stóp. Podnieśliśmy kamień i rzuciliśmy go jak strzałę w kierunku ptaka. Ptak upadł przed nami. Rozpaliliśmy ogień upiekliśmy go i zjedliśmy i żaden posiłek nigdy nie smakował nam lepiej. I stwierdziliśmy, że w jedzeniu, które przyrządzamy, zdobywamy samodzielnie można znaleźć wielką satysfakcję. I chcieliśmy wkrótce być znowu głodni, ażeby znowu móc doznać tego dziwnego uczucia dumy z jedzenia. Potem poszliśmy dalej. I dotarliśmy do strumyka, który leżał jak pasmo szkła pomiędzy drzewami. Leżał tak cicho, że nie słyszeliśmy wody, a widzieliśmy tylko wycięcie w ziemi, w którym drzewa rosły odwrócone w dół, a niebo leżało na dnie. Uklękliśmy przy strumyku i pochyliliśmy się aby się napić. A wtedy zatrzymaliśmy się gdyż na błękicie nieba pod nami po raz pierwszy zobaczyliśmy swoją twarz. Siedzieliśmy cicho i wstrzymaliśmy oddech. Gdyż nasza twarz i nasze ciało były piękne. Nasza twarz nie była jak twarze naszych braci, gdyż nie czuliśmy litości, gdy patrzyliśmy na nią. Nasze ciało nie było jak ciała naszych braci, gdyż nasze członki były proste i smukłe, twarde i silne. I myśleliśmy, że możemy wierzyć temu stworzeniu, który patrzy na nas ze strumyka, tego stworzenia nie musimy się obawiać. Wędrowaliśmy, dopóki słońce nie zaszło. Kiedy cienie zebrały się między drzewami, zatrzymaliśmy się w dziurze miedzy korzeniami, gdzie będziemy dzisiaj spać. I nagle po raz pierwszy tego dnia przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy Przeklęci. Przypomnieliśmy sobie i roześmialiśmy się. Piszemy to na papierze, który schowaliśmy w naszej tunice, razem ze stronami, które przynieśliśmy dla Światowej Rady Uczonych. Ale nie daliśmy im ich nigdy. Mamy dużo do powiedzenia sobie i myślimy, że znajdziemy na to słowa w dniach które nadejdą. Teraz nie możemy mówić, gdyż nie możemy zrozumieć.
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















